No tak, skoro szatan maczał tu swe palce i Bóg musiał interweniować. Wiadomo zatem już kogo kocha...
poniedziałek, 29 października 2007
Niekochani...
No tak, skoro szatan maczał tu swe palce i Bóg musiał interweniować. Wiadomo zatem już kogo kocha...
Autor:
bury
o
19:35
0
komentarze
Etykiety: absurdy, polityka religia
Zdrowaśkizm, gdy rozum śpi...
"Zamiast przesuwać koraliki w palcach wciska się guzik "Kolejny", kiedy natrafiamy na koralki między dziesiątkami (kolej na "Chwała Ojcu") telefon wibruje. Dzięki temu możemy używać go dyskretnie w autobusie, tramwaju, gdziekolwiek. Komórka może być w kieszeni, wystarczy wyczuć klawisz (w zależności od budowy klawiszy, można czasem wyczuć je nawet od zewnątrz)".
To tekst instruktażowy do filmiku, jaki pojawił się w internecie. Chodzący, chadzający albo wcale nie przychodzący do kościoła mogą oddawać się modlitwie za pomocą telefonu komórkowego. Zastąpić on im może różaniec. Wcale nie robię sobie śmiechu, gdyż temat jest jak najbardziej autentyczny (niedowiarków odsyłam na stronę: http://www.artur.nsm.com.pl/mobilka/?id=15363).
Można sobie wybrać intencję, a jeżeli zapomni się kolejności, telefon wszystko przypomni. Niezbędny jest do komórkowej modlitwy specjalny programik, jaki za opłatą można sobie ściągnąć.
Zastanawiam się jednak nie nad ową nowością, ale nad sensem. Co właściwie ma oznaczać bezmyślne odklepywanie zdrowasiek? Czy nie lepszy jest choćby monolog, gdzie wierny zwraca się do Boga, ale swoimi słowami?
Pewnie to pozostałość. Historyczna zresztą - różaniec zaczęto przecież odmawiać nie za czasów Chrystusa, a w XII wieku jako modlitwę, która np. braciom zakonnym nie umiejącym czytać zastępowała odmawianie psalmów. Dorzućmy do tego spowiedź przed duchownym, która obowiązkiem stała się od 1215 roku.
Nijak pojąć nie mogę sensu wiary straszącej szatanem, piekłem, pełnej zakazów, których sami przewodnicy duchowi przestrzegać nie potrafią, na dodatek nie zachęcając wiernych do samodzielnego poszukiwania w tym, co podobno jest najcenniejsze, czyli w Biblii. Katechizm i zdrowaśki wystarczyć muszą.
Zresztą papież Pius XI jednoznacznie stwierdził:
różną od tej, którą [...] otrzymaliście
od pobożnej matki, z ust wierzącego
ojca, z nauki wychowawcy wiernego
samemu Bogu i Kościołowi -
Niech będzie przeklęty!”.
O komentarz niech każdy pokusi się samodzielnie.
Mało tego, buszując po internecie natrafiłem na dość ciekawą ankietę. Jako że jest ona niezwykle długa, przytoczę tylko jedno z pytań, na które każdy niech udzieli szczerej odpowiedzi.
Które czynniki spowodowały, że przyjąłeś(ęłaś) swą religię? Możesz zaznaczyć kilka pozycji.
- Indoktrynacja ze strony rodziców
- Indoktrynacja w szkole
- Indoktrynacja przez otoczenie
- Potrzeba posiadania powodu, aby żyć
- Wrodzony konformizm
- Chęć, aby mi wskazano, kim gardzić
- Mój wymyślony przyjaciel dorósł
- Nie cierpię myśleć samodzielnie
- Chęć poznania dziewcząt/chłopców z kółka parafialnego
- Strach przed śmiercią
- Chęć wkurzenia rodziców
- Potrzeba oderwania się od pracy na jeden dzień w tygodniu
- Chciałem(am) być czegoś pewny(a)
- Lubię muzykę organową
- Chcę być ministrem/posłem/senatorem
- Chcę być ambasadorem w Watykanie
- Chciałem(am) poczuć się moralnie lepszy(a)
- Zmuszono mnie torturami
- Jałowiec stanął w płomieniach i mi kazał
Inkwizycja, krucjaty, palenie na stosach, pochwała faszyzmu, nieomylność papieży, celibat, seksualne afery, Radia Maryja. Wymieniać można długo, ale po co?
Teraz jeszcze na dokładkę religia w szkołach z obowiązkowym wpisem na świadectwie, gdzie młodzież tez przeżywa dobrowolny przymus, skoro podobno przedmiot ten do obowiązkowych nie należy. Tymczasem wypada poczytać sobie jakiekolwiek forum, na którym uczniowie jednoznacznie mówią jak wygląda owa dobrowolna edukacja:
“Jeden ksiądz wymagał ode mnie przyniesienia pozwolenia na niechodzenie na religię od mojego proboszcza (którego zresztą nie mam). Faktycznie, zero przymusu, pełna dowolność i równe traktowanie wszystkich. Już sam fakt, że religia w szkole istnieje, jest jedynie ładną metodą
wytykania palcami innowierców (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Wierzę w co wierzę, i nikomu, a zwłaszcza osobom obcym w szkole, nie muszę się z tego spowiadać”.
“W mojej byłej klasie 3 osoby chodziły na religię z wewnętrznej potrzeby (patrzta, się wzięłam i wywiad przeprowadziłam), 5 dlatego, że nie chciało być wytykanym palcami za to, że nie chodzą, a 17 dlatego, że im kazali rodzice. Mniemam, że w mojej obecnej klasie i innych jest podobnie”.
Za brzydkiej komuny był marksizm i leninizm. Teraz?...
Autor:
bury
o
11:00
0
komentarze
niedziela, 28 października 2007
Czkaweczka demundurkizacyjna
I sprawa ta się czkaweczką odbić może, skoro formowany rząd zapowiada, że jednoznacznie powie: won wspomnianym mundureczkom. Totalitarnie chcieli dzieciątka szkolne poubierać, by się dziatwa za bardzo nie wyróżniała strojami spośród rówieśników. Niestety, jak to jest, że biedny naród, co to uzależniony od psychiczno-emocjonalnych zachowań wybrańców był, musiał płacić z własnej kiesy za umyślone na górze pomysły. Demundurkizacja oświaty zajmie jednak nieco czasu, a z pewnością zdążyć się z tym nie uda do 2 grudnia, kiedy to wszyscy uczniowie odziani w te stroje być mają. Pewnie zatem kto nie zdąży się ubrać na chiński wzór, ukaranym zostanie, a dokładniej dyrekcja szkoły takowej, bo nie dopilnowała terminów. Problemik jednak w tym, że zaledwie miesiączek później – jak domniemywać można – nowy rząd przeforsuje zapowiedź swą o delegalizacji mundurków. To się właśnie nazywa paranoją.
A jeszcze cosik przydałoby się do tego paszteciku dorzucić – cóż poczną ci, którzy mundureczki już swym niebożątkom nabyć zdążyli? Jeżeli one w obowiązku noszenia nie będą, a kupili je w stanie dobrowolnego przymusu? Zwróci im wyłożoną mamonę kaczyńsko-giertycho-lepperowy rządzik upadły, czy też – o ile ktoś wystąpiłby do sądu z wnioskiem o ściganie za bezprawne np. wyłudzenie (bo chyba tak można określić mundurkową sprawę) – znów sprawa zrzucona zostanie na spadkobierców rządów Braciuni Maluśkich?
To nie jedyny absurdzik, jaki wraz z nowym szkolnym rokiem się pojawił. Bełchatów taki rygorem sobie stoi, szkolny rzecz jasna. Za zapomnienie przez ucznia tenisówek na zmianę, by po swej oświatowej placówce w ubłoconych glanach nie ganiał trza zapłacić jeden zeta, a w innej szkole brak indentyfikatora karany jest kwotą o połowę mniejszą. Jak ktoś kasy nie ma, odpracować swe roztargnienie może sprzątaniem.
No i kolejny dobrowolny przymus mamy, a niejaka inspekcja pracy zainteresować się owym procederem powinna, gdyż nieletniego do roboty zmuszanie jakoś tak niezgodne z czymś tam jest chyba. Jak robić nie chce, płacić ma, a gotówa na szkolne cele przeznaczoną ma zostać. Cel może i szczytny, jednak metody do życzenia wiele pozostawiają. Skądś ów dobrowolny przymus pamiętam...
Autor:
bury
o
01:31
0
komentarze
piątek, 26 października 2007
Strażnicy twoja mać
Autor:
bury
o
22:05
0
komentarze
Zawód dyrektor
Kilkanaście dni na stanowisku i z kilkadziesiąt tysięcy złociszy odprawy - to sposób na wzbogacenie swoich, oczywiście Jedynych Prawych i Sprawiedliwych. A jeżeli ma się człowieka, który jest zasłużony dla rodziny, tym bardziej wypada go jakoś uhonorować...
Znany z taśm Renaty Beger, niekoniecznie estradowy artysta, Wojciech Mojzesowicz - od rolnictwa jeszcze minister, właściwie tak już na wylocie dokonuje nominacji, i to nie byle jakiej. Na stanowisko prezesa Agencji Nieruchomości Rolnych powołuje partyjnego koleżkę Grzegorza Piętę. Niby nic, bo poprzednika spuścił, gdyż podobno stracił do niego zaufanie. Teraz obaj dostaną odprawy. I niech czołg po mnie przejedzie, jeśli uwierzę w słowa Mojzesowicza, że obaj panowie dostaną odprawy jedynie trzymiesięczne (Pięta za kilkanaście dni na stanowisku).
Minister od rolnictwa, który już dawno winien stać się celem CBA, najpewniej postawił, bo Piętę zna dokładnie. Życie swe z nazwiskiem Mojzesowicz związał. Lata całe dyrektorował u siostry Wojciecha M. - Jadwigi Mojzesowicz-Bilewskiej, prezesa Ortis S.A., czyli drukarni, kiedyś państwowej zwanej Prasowymi Zakładami Graficznymi.
Na dyrektorowaniu się tenże Pięta zna, bo był i dyrektorem generalnym Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy oraz dyrektorem Wydziału Organizacji i Nadzoru tegoż urzędu. Ma zatem predyspozycje na zawód wyuczony - dyrektor. Gdyby można było, powinni mu wpisać do dowodu osobistego.
I niech mi zatem nikt banialuk nie próbuje wcisnąć o idei tanim państwie. Bardziej skojarzyć się to może z piosenką: My jesteśmy tanie dranie...
Sphere: Related Content
Autor:
bury
o
15:49
0
komentarze
czwartek, 25 października 2007
Ślimaczki z przyspieszeniem
Autor:
bury
o
21:36
0
komentarze
Etykiety: absurdy, prawo polityka
Braciomałostkowe wojowanie
Autor:
bury
o
00:11
0
komentarze






