Zanim wejdziesz...

W USA mamy Disneyland, w Danii - Legoland, a w Polsce? Odpowiedź jest prosta - Kaczyland, Kleroland.
Nie poradzę nic, że mój obraz władzy najwyższej jest tak niski...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 października 2010

Stało się...

No i stało się.
- Chciałem zamordować Kaczyńskiego, taką małą broń mam. Jestem przeciwko PiS - oświadczył mundurowym zabójca.
To, co stało się w Łodzi niech nie będzie początkiem ogromnej eskalacji nienawiści zapoczątkowanej przez tego, którego 62-latek chciał faktycznie zabić, a skoro nie miał okazji, wyżył się na członkach PiS.
Ale kto sieje wiatr, zbiera burzę. Skoro w wodzowsko-nienawistnych działaniach Kaczyńskiego nie ma jakichkolwiek przesłanek do dwojakiej oceny jego postępowania, skoro postrzegać go można wyłącznie negatywnie lub pozytywnie, a to zależy od światopoglądu, jeżeli w końcu Jarosław K. nie doznał nagłego złagodzenia swego tonu po śmierci brata i - teraz - po tragedii w Łodzi, czemu się dziwić. Już po tym ostatnim zdarzeniu nie tylko nie słychać było z jego ust jakiejś pokory, ale wręcz oskarżenia (kolejne zresztą) politycznych przeciwników, że to niby oni są winni wszystkiemu, zastanawiam się czy faktycznie z takimi osobnikami nie warto walczyć znacznie mocniej niż z dopalaczami.
Sytuacja zaczyna sięgać absurdu. PiS za swoich rządów rozpoczął krzywdzić obywateli swoimi bezpodstawnymi oskarżeniami, porannymi wizytami służb specjalnych itp., więc ten balon kiedyś pęknąć musiał. Oby jednorazowo. Jeżeli jednak wódz kaczystów swego postępowania nie zmieni, czarne chmury pojawić się mogą nad Rzeczpospolitą.

Sphere: Related Content

sobota, 17 lipca 2010

Takie my grunwaldzkie są

15 lipca 1410. Grunwald. Stanęły naprzeciw siebie dwie armie. Potłukły się, jedna zwyciężyła, znaczy Polacy wraz z Litwinami i Rusinami (tych nacji było najwięcej) zwyciężyli. Przegrali podobno Krzyżacy, za którymi murem stała chrześcijańska Europa.
No i teraz 600 lat minęło, w tym samym miejscu jakieś inscenizacje odgrywane są. Zastanawiam się tylko po co? Nikt jakoś nie patrzy na sam fakt grunwaldzkiego zwycięstwa z perspektywy późniejszej klęski. Tak, klęski, i to sromotnej.
Jagiełło, Władysław zresztą, co to królem był - ruszył z wojskiem pod Malbork. I to zaraz po wygranej (jubileuszowej dziś) bitwie. Jakim to cudem go nie zdobył, skoro spod Grunwaldu w popłochu przed polskim rycerstwem uciekła do swej największej twierdzy zaledwie garstka Krzyżaków? To zupełnie tak samo "niewytłumaczalne zjawisko", jak fakt, że wojska Armii Czerwonej nie były w stanie sforsować Wisły w czasie beznadziejnie zorganizowanego Powstania Warszawskiego. O ile w przypadku zdarzenia z II wojny światowej mieliśmy do czynienia z prikazem, by nie ruszać się, niech się Polaczki wykrwawią, o tyle z Grunwaldem, po nim raczej, bo pod Malborkiem pojawiła się dyrektywa papieska, by krzyżackiej twierdzy nie ruszać. No i odstąpiono, bo obawa przed klątwą, ekskomuniką czy jak to tam inaczej nazwać była wówczas ogromna. No i Jagiełło odstąpił. Niestety, gdyby postąpił inaczej, pewnie nie mielibyśmy później państwa pruskiego, być może nawet i zaborów, nie byłoby pretekstu na okoliczność korytarza przez Polskę mającego połączyć Prusy z niemiecką III Rzeszą. Ale podniecajmy się - tak narodowo - pojedynczym zwycięstwem sprzed 600 lat. Nic innego nam w sumie nie zostało. W polityce, takiej długofalowej nigdy mocni nie byliśmy. Dziwnym trafem krzyżacka porażka przerodziła się w późniejszą wygraną.
Jedynym - moim skromnym zdaniem - wyjątkiem od tej niechlubnej reguły była wojna polsko - szwedzka, w czasie której i tak mitologia przerosła realia. Niech mi ktokolwiek wmówi, że podczas oblężenia Jasnej Góry w roli tych oblegających występowali Szwedzi, a nie (co jest zgodne z historyczną prawdą) Polacy z owymi Szwedami sprzymierzeni. Może jeszcze - niczym dziecko w brzuch - wmówi mi ten i ów, iż niejaki przeor Klemens Augustyn Kordecki był patriotą. Tak przerażony był, że słał wiernopoddańcze listy do Karola X Gustawa, a ten raczej polskim królem nie był. Takie przykłady mnożyć można...
Dobra, niech się dziś wyeksponują, niech poszaleją ku uciesze gawiedzi nowocześni rycerze na grunwaldzkich polach. To nasza narodowa tradycja. Poza nią nie mamy nic.

Sphere: Related Content

piątek, 12 czerwca 2009

07 zgłoś się

Nie wiem czy należy wołać o pomoc policjantów, strażaków, Inspekcję Robotniczo-Chłopską czy też np. NASA. Pobita, nie pobita? Szarpana, popchnięta, może tylko zrugana? Cholera ją wie co i gdzie faktycznie się zdarzyło.
Niejaka Anna Cugier-Kotka, z zawodu aktorka (tak ją przedstawiają media) poprzednio występowała w spocie wyborczym PO a podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego - PiS. W tym ostatnim oświadczyła, że zawiodła się na ekipie Donalda, no i teraz - wraz z rodziną - głosować będzie na kaczopodobnych.
Już po niedzieli wyborczej owa pani wyznała ze łzami w oczach, iż została pobita przez jakichś ludzi, którym nie w smak była jej decyzja dotycząca zakreślenia kogoś tam z PiS-uarów na liście do Europarlamentu. Potem było jeszcze śmieszniej, bo Anna C-K. zmieniła swe zeznania oświadczając, że była szarpana, nie było żadnych kopnięć. Na dodatek powiadamiała niby policję, dzwoniła kilkakrotnie, aż wreszcie odebrała w komendzie kobieta, a tymczasem z billingu, jakim dysponowali gliniarze wyszło - "poszkodowana" telefonowała raz, a rozmawiała z oficerem dyżurnym, ale mężczyzną. Nie wiem zatem kogo wzywać na pomoc, by wyjaśniono mi ktoś to dokonał rzekomej napaści na zwolenniczkę duckmenów. Podejrzewam, że i NASA może się przydać, skoro napastników nikt nie widział, a wszyscy uwierzyli, iż istnieje. UFO oczywiście.
Długo szukałem kim jest owa aktorka. Dotarłem wreszcie do takiego zapisu: Aktorka ukończyła 15 lat temu łódzką "filmówkę", a następnie występowała w w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu i Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim. Była także kierownikiem produkcji w Superstacji oraz telewizji Puls. I teraz już wszystko wiem - humoru nabyła w Superstacji a światopoglądu o franciszkanów (czytaj: TV Plus, dawniej TV Niepokalanów Plus). Mało tego, jej zeznania są bliźniaczo (oj, ale mi się wymsknęło!) podobne do obietnic wyborczych PiS, choćby tych z trzema milionami mieszkań w tle.
Ciekawe komu w następnej kampanii owa aktorka zaUFO?...

P.S. A tytuł pozwoliłem sobie dać tak sensowny jak zeznania owej pani.

Sphere: Related Content

niedziela, 5 kwietnia 2009

Kaczy stukot

Kiedyś mówiono: "Nawalony jak Pancernik Patiomkin" albo "... jak stodoła w żniwa". Dziś - przyznaję rację posłowi-świrowi, czyli Januszowi Palikotowi, że jedynym słusznym określeniem dla stanu niekoniecznie trzeźwości umysłu winno być: "Nastukany jak Lech Kaczyński".
Jak bowiem podejść do tematu w inny sposób, skoro prezydent kraju zwanego Polską swe poparcie przekazuje nie polskiemu kandydatowi do stanowiska sekretarza NATO, ale duńskiemu premierowi. I - za przeproszeniem - gówno mnie obchodzi, że panowie pt. Kaczyński i Sikorski zbytnią miłością do siebie nie pałają. Może mylę się, ale istnieje coś takiego, co nazywa się racją stanu i tu reprezentuje się kraj, no chyba, że jestem w jakimś błędzie.
Poza tym nijak nie pojmuję po ki grzyb Brat Mniejszy Większy (zwany w skrócie BMW) trzeszczy słowa dziwaczne na temat jakichś uzgodnień z rządem odnośnie tego kogo winien popierać, że on nie widział dokumentów, zaleceń czy innych kwitów. Jeżeli do tematu tak podchodzimy, stawiam tezę, iż albo prezydent jest notorycznie nastukany, albo jego iloraz inteligencji nie jest w stanie przekroczyć 10-15 punktów...

Sphere: Related Content

sobota, 21 marca 2009

Jak na łysej kobyle

Nie po raz pierwszy trafiła do mnie przesyłka w następującym stylu:

Przepraszam że to wysyłam, ale nie mogę tego zlekceważyć minęło 700 dni Jana Pawła II do nieba . Wyślij to 20 osobom a za 8 dni anioły ześlą CI cud . Jeśli tego nie zrobisz będzie to 8 nieszczęść . Złóż mu honor! ........... Nie chodzi tu o łańcuszek...tylko o pamięć...! Roześlij to wszystkim na swojej liście . P.S Nie lubię przesyłać tego typu przesłanek,ale proszono mnie aby nie przerywać. Przepraszam i serdecznie pozdrawiam.

Ominę imię i nazwisko nadawcy.

Przyznam zupełnie szczerze, że szlag mnie trafia, kiedy dostaję podobnej treści informacje, szczególnie ze względu na fakt, iż religia zwyczajnie mnie nie obchodzi, a jeżeli w jakiś sposób interesuje - nie ta, jakiej reprezentantem był JPII. Może dla kogoś był on autorytetem, kimś w rodzaju guru, idola. Nie dla mnie. Z uporem maniaka powtarzać będę to, co onegdaj usłyszałem w jednym z normalnych krajów naszego kontynentu, gdzie osoby mające mniejszy lub większy wpływ na życie publiczne bez jakiegokolwiek skrępowania potrafiły nazywać go mistykiem i szarlatanem.

Cóż bowiem takiego ów jegomość uczynił dla świata? Niech ktoś mi KONKRETNIE odpowie na to pytanie, w taki sposób, abym mógł przyznać mu rację. Do tej pory nikt nie był w stanie mnie przekonać, poza stwierdzeniem, że był "Wielkim Polakiem". I to wszystko. Puste hasło, zero treści, powtarzanie bezmyślne czyichś słów, tak samo jak niekoniecznie ze zrozumieniem odmawianie Zdrowasiek.

O ile z ust tegoż pana padły jakieś mądre słowa, z pewnością nauka dawno poszła w las. Przypomnieć sobie wystarczy jak to bratali się ze sobą po jego śmierci kibole Cracovii i Wisły. Zwyczajnie pustka ze zrozumienia.

A moja pustka (też ze zrozumienia) związana jest z czym innym - z pojmowaniem uwielbienia JPII, traktowaniem go niczym Boga, którym przecież nie był i nie jest, wywieszaniem jego portretów na ścianach, wydawanymi kalendarzami, pomnikowanią, budowaniem jakichś instytutów nazywanych jego imieniem (i to za publiczne pieniądze), no i na dodatek... testem z historii, który ma być poświęcony życiu polskiego papieża. Paranoja. Wychodzi na to, że Polska religijność katolicka będzie mieć niebawem tzw. Świętą Czwórcę (nie mylić z Trójcą), skoro jakimś santo Karol Wojtyła ma zostać ogłoszony, chociaż - zapewne - niewielu, a może nikt nie jest w stanie wytłumaczyć czym ma być owa świętość.

Niech nikt nie czuje się urażony, ale całość tego zamieszania z JPII przypomina mi stary dowcip sprzed lat, kiedy to w radzieckiej szkole nauczycielka zapytała Wanię:
- Wania, kto jest twoim idolem?

- Lenin! - bez zająknięcia odpowiedział Wania.

- Świetnie, piątka! - oświadczyła nauczycielka.
Wania usiadł, spod ławki wysunął książkę i wyszeptał:
- Sorry Winnetou, ale biznes is biznes.
I - jak sądzę - mamy do czynienia z niczym innym, jak tylko z próbą (skuteczną zresztą) zrobienia ogromnego szmalu na papieskich wspomnieniach, na ciągłym otaczaniu się jego kultem. Słyszałem, że niebawem ma zostać wydana mapa świata, na której zaznaczone będą miejscowości przez niego odwiedzone (oficjalnie nazywa się to, że udał się tam z pielgrzymką), za które miliardy musiały zapłacić rządy biednych zazwyczaj państw. I to wlaśnie nazywało się miłosiedziem...
A dziś kler forsuje swe interesy (tak, interesy, by nabić swą kabzę) w prosty sposób: bo JPII by tego sobie życzył - taka argumentacja łamie nawet najbardziej opornego urzędnika, który bez mrugnięcia okiem wyraża zgodę na sprzedaż należącego do gminy majątku za bezcen. Komu? Katolickiemu duchowieństwu, które dopóki tylko można będzie ujeżdżało na wątpliwym micie Karola Wojtyły niczym na łysej kobyle.
Na tym jednak nie koniec - na mocy ustawy z 1950 roku powołany został Fundusz Kościelny, który corocznie, z pieniędzy podatników, wypłaca ze Skarbu Państwa (polskiego) grube miliony katolickiemu duchowieństwu jako rekompensatę za zabrany za brzydkiej komuny majątek. Nic to, że wszystko, co odebrano przed laty z nawiązką (ogromną) już zwrócono. Fundusz istnieje od lat i nijak zniknąć nie może. Jakoś JPII nie zdecydował się, by owa żywa gotówka lejąca się szerokim strumieniem z kasy biednego kraju - jakim Polska jest - nareszcie zniknął. Według oficjalnych źródeł jest to roczna kwota przekraczająca 90 milionów złotych. Co z takimi pieniędzmi można byłoby zrobić, wydając je niekoniecznie na wypełnianie biskupich brzuchów, niech każdy sam dopowie.
O reformatorze (o Wojtyle, znaczy się) mówiono. Takiż to reformator, który w celibacie (podobno, bo jak wieść niesie, córka jego do dziś żyje) swój żywot spędził, na tematy seksulane się wypowiadał, a szczególnie na okoliczność antykoncepcji. Działalność misyjna za jego panowania spowodowała, że w takiej tylko Afryce zgonów byłoby po stokroć mniej. Gdyby tylko używano prezerwatyw zapobiegających zarażaniu się AIDS.
Niech te fakty wystarczą. Jeżeli odczuwałbym potrzebę, mógłbym je mnożyć w nieskończoność.
A niedowiarkom przytoczę ostatnią z wieści rodem z USA na temat niemieckiego papieża, jakiego z publicznych pieniędzy puszczają nam przy każdej możliwej okazji w abonamentowej telewizorni. Czyż nie dochodzi do próby przeniesienia uczuć wiernych z JPII na B16? Chwyt marketingowy całkiem ciekawy...
Otóż, Benedykt XVI tak najzwyczajniej w świecie (cóż, trzeba użyć niekoniecznie subtelnego słownictwa) wypierdolił ze stanu kapłańskiego księdza rodem z Polski - Marka Bożka, który nie chciał płacić daniny biskupom, bo stwierdził, że kasa jest bardziej potrzebna biednym. I im właśnie ją przekazywał. Rzecz miała miejsce w Sant Louis, w USA.
I taki to kościół ja zwyczajnie pierdolę. Podobnie jak jego przywódcy ministrantów.

Sphere: Related Content

niedziela, 8 lutego 2009

Brat Wielki zawsze potrzebny. W imię czego?

Przestałem się interesować debilandem pod nazwą polityka, bo właściwie nie ma czym. Z jakiegoż to bowiem powodu miałbym podniecać się jakimś nowym image PiS-dzielców, który w praktyce porównać można do emerytowanej dziwki chcącej uchodzić za np. Dziewicę Orleańską (czy coś w tym stylu).
Dopiero dziś - po straszliwie długim czasie - coś mnie ubodło - pewna już chyba śmierć porwanego przed kilkoma miesiącami przez talibów polskiego geologa...
Nie dziwię się - z jednej strony - że polski rząd nijak nie zamierzał (i był w tej kwestii konsekwentny) płacić okupu za porwanego, bo, gdyby stało się inaczej, o czym już zresztą trąbiono, byłaby to zachęta dla porywaczy do kolejnych uprowadzeń. Ci wśród swoich żądań wysunęli również apel o to, by do Afganistanu nie wysyłano z Polski wojska.
Pojąć jednak nie mogę jak to mogę, że akcja wycofywania armii odbywa się w sposób nijaki. W czyje imię i z jakiego budżetu kolejni żołnierze trafiają na tzw. misje pokojowe?
Chyba odpowiedzi udzielić muszę sam: w imię dozgonnej przyjaźni z Wielkim Bratem zza Oceanu, który w zamian daje nam perspektywę zniesienia wiz wjazdowych do USA na tzw. święty nigdy, a i tak część tych, co tam wyrusza, jest zatrzymywana na lotniskach, trafia do więzień, gdzie traktowani są jak pospolici przestępcy, by później być odstawionymi na lotniska i wysyłani do kraju. Rząd polski w ogóle na takie sytuacje nie reaguje, chociaż nasi obywatele posiadają legalnie uzyskane wizy. Podobny przypadek z Islandczykiem zakończył się tym, że ambasador USA został wezwany na dywanik, a wkrótce amerykański rząd prawie na kolanach przepraszał za to zdarzenie.
Mnożyć by można i inne "dowody wdzięczności" amerykańskiej za polskie wojska wysyłane tam, gdzie trafia armia rodem z USA. Nie odczuwam jednak potrzeby.
Widzę jednak, że bez względu na polityczną opcję, rządy znad Wisły muszą posiadać jakieś oparcie w kimś silniejszym. Kimś, kto zawsze w dupę kopać będzie. Mieliśmy kiedyś ZSRR, teraz USA.

Sphere: Related Content

czwartek, 27 listopada 2008

Mini-kombatant?

Nie staram się nigdzie szukać jakichkolwiek teorii spiskowych, w przeciwieństwie do BMW zwanego Bratem Mniejszym Większym, do którego niby to strzelano w Gruzji, gdzie nie wiadomo na jaką cholerę pojechał. Kiedym jednak usłyszał, że za tym wszystkim stali Rosjanie, byłem zdziwion niemiłosiernie.
Postanowiłem więc wysnuć własną teorię spiskową, ale natychmiast nasunęło mi się zbyt wiele wariantów:
1. Gruzini strzelali na wiwat prezydenckiej parze (oj, chyba niefortunnie to sprecyzowałem) i Rosjanie nie mieli z tym nic wspólnego.
2. Rosjanie nie mieli z tym nic wspólnego, bo gdyby mieli, z pewnością ich snajper byłby snajperem z prawdziwego zdarzenia. Nawet do tak niewielkiego celu, jakim jest BMW z pewnością by trafił z tych około 30 metrów. Osobiście, kiedy pierwszy raz na strzelnicy dostałem długą broń do ręki ze znacznie większej odległości wystrzeliwane przeze mnie kule trafiały w środek tarczy. A tam chyba byłby profesjonalista, a nie dupa-snajper.
3. Doszło do wyładowań atmosferycznych zbliżonych odgłosem do strzałów z broni palnej.
4. Biuro Ochrony Rządu lub (bądź wspólnie) ochrona gruzińska chcieli urozmaicić podróż prezydenckiej parze (ups, znów przegięcie z mojej strony).
5. Mister president (specjalnie piszę w języku zagranicznym, chociaż wolałbym po gruzińsku, jednak nie wiem ni w ząb jak to będzie po ichniemu) zamierza poprzez bytność na polu walki stać się członkiem organizacji kombatanckiej i ubiegać się o jakiś stały dodatek do swej marnej pensyjki bądź o odszkodowanie.
6. Z racji swej bytności na polu walki przywdzieje mundur i będzie chciał wprowadzić dyktaturę prezydencką.
Znani dyktatorzy wysocy przecież nie byli...

Sphere: Related Content

niedziela, 16 listopada 2008

Tupet trza mieć...

Trzeba mieć niczym niograniczony tupet, by najpierw - co tu będę owijał w bawełnę - spierdolić dokładnie wszystko, nawet to, czego spierdolić się nie da, a później zabrać się za krytykę.
I na takej pozycji ustawiły się PiSdzielce uruchamiając stronkę pod tytułem "POrażka roku", zrównując z ziemią obecnie rządzącą ekipę. Komu wypada krytykować, temu wypada...
Mnie wypada jedynie powiedzieć, że wszedłem sobie na ową stronę i poza zbiorem jakichś filmików przedstawiających w kaczym świetle poszczególnych ministrów czy też premiera, nie ma nic, a przede wszystkim czegoś takiego, co nazywa się forum. A pewnie dlatego, że ową "porażką" większość mogłaby określić nie obecny rząd, ale autorów największej - jak do tej pory - porażki tego tysiąclecia.

Sphere: Related Content

wtorek, 11 listopada 2008

Doda śpiewać umie...

W polityce głupota nie stanowi przeszkody” - stwierdził kiedyś Napoleon Bonaparte i jakoś nabieram przekonania, że te właśnie słowa musiał odnieść do Polski, a przynajmniej do delikwentów, którzy narodzonymi jeszcze nie byli.
Jak inaczej bowiem określić to, co wypowiedział z sejmowej trybuny PiS-dzielec zwany Arturem Górskim o prezydencie-elekcie rodem z USA? Wyzywał go od jakichś komunistycznych Mesjaszy, porównywał go do końca świata itp. No a potem oświadczył, że wszyscy źle go zrozumieli, bo on miał na myśli zupełnie coś innego. Zapewne. Wymieniając Baracka Obamę miał na myśli Kubusia Puchatka, albo - jak domniemywać można - kolkę wątrobową bądź smyranie śledziony za pomocą środkowego palca u ręki.
Dodajmy do tego pasztetu rozPiSdzieloną kancelarię prezydencką. Z ust jej suto opłacanych pracowników wyszła informacja, że większy z Braci Stereo rozmawiał z Obamą o tarczy antyrakietowej, a potem okazało się, iż w tym temacie nie poruszono ani słowa, mamy do czynienia z proroczymi słowami "Małego Kaprala".
Nie tylko słowa, ale i czyny wyznawców kaczyzmu do życzenia wiele pozostawiają. Weźmy dla przykładu ostatnie "osiągnięcia" Jacka (Bulteriera) Kurskiego, który zapatrzony w swój immunitet został wzięty za osobnika pragnącego odbić więźnia transportowanego w konwoju. Tak blisko tzw. więźniarki jechał, nie zważając na jakiekolwiek przepisy czy obyczaje drogowe. A nazwanie go "Kubicą polskiego parlamentu" jakoś na miejscu nie jest. Bardziej trafne byłoby określenie: "Dodą rodzimego politykierstwa", a i to na wyrost.
Doda przynajmniej śpiewać umie...

Sphere: Related Content

poniedziałek, 27 października 2008

Strasznie mi żal...

Jaśnie nam (szaraczkom) Panujący Lech K. zwany dalej prezydentem wymyślił - być może z czyjąś pomocą - urządzenie 11 listopada tak zwanego Balu Prezydenckiego. Na imprezę tę (wedle zamysłów tegoż, bądź kogoś z jego świty) zjechać się miały głowy wielu państw. Tyle tylko...
Jakoś tak zapomniano, by zaproszenia wyszły nie tak nagle, na kilka tygodni wcześniej, ale miesięcy, nawet rok przed zapowiadanym balem. Tego wymagają procedury dyplomatyczne, a zresztą trudno spodziewać się, by przy napiętych kalendarzach osobistości polityczne z całego świata znalazły czas na "widzimisię" gościa, który robi z siebie pośmiewisko podczas unijnego szczytu.
No i na dodatek teraz media alarmują, że Moskwa zbojkotuje ów bal. A czego się spodziewać, skoro dotychczasowe poczynania Lecha K. to nic innego jak wrogość wobec Rosji? Z pewnością jakiekolwiek argumenty i tak nie są w stanie przemówić do rozumku człeka zajmującego budynek przy Krakowskim Przedmieściu.
Dlaczego? Zacytuję niekoniecznie lubianego przez część politycznych kręgów Andrzeja Rodana: Strasznie nam żal niskich ludzi, kiedy pada deszcz. Oni dowiadują się o tym ostatni.

Sphere: Related Content

poniedziałek, 13 października 2008

Na drzewko, nie jakiś szczyt...

Jak małe - musi być uparte i złośliwe... Nie mam zamiaru obrażać ludzi, którym wzrostu w życiu nie przybyło, ale w tym powyższym stwierdzeniu coś być musi.
Pojąć nie mogę na jaką okoliczność Brat Mniejszy Większy zwany dalej prezydentem chce lecieć na unijny szczyt i reprezentować Polskę wraz z Donaldem T. nazywanym premierem. Nawet spece od konstytucji jednoznacznie twierdzą, że o ile Lech K. pojawi się na tym szczycie, winien zajmować dokładnie takie samo stanowisko, co ekipa rządowa.
Tere-fere. Już każdy widzi jak prezydenciunio powie cokolwiek tym samym głosem, czyli to, co znajduje się w planach rządowych polityki zagranicznej. Zresztą widać jak słucha się kogokolwiek w sprawach choćby swego wizerunku. Mieliśmy już zbyt wiele przykładów, by przekonać się, że bardziej wystawia nie tylko siebie, ale cały kraj na pośmiewisko.
No i teraz poszło choćby o samolot - kto ma nim lecieć. Przekonamy się.
Mimo wszystko - taką mam nadzieję - całe to międzynarodowe towarzystwo (o ile Lech K. się pojawi), które weźmie udział w szczycie, zwyczajnie oleje prezydenta reprezentującego wyłącznie swoje fobie i uprzedzenia.

Sphere: Related Content

czwartek, 9 października 2008

Śliska sprawa

Skoro już rzecznik praw obywatelskich ma zastrzeżenia co do sposobu prowadzenia w TVP-iS tak zwanej misji publicznej, co może powiedzieć człek, co potulnie abonament płaci...
W komercyjnych, czyli utrzymujących się z reklam stacji hitów dla mas nie brakuje, na dodatek niewielu trzeba namawiać, by chociaż jeden z nich oglądali, i to nawet systematycznie. Co tu mówić, prowadzący tryskają humorem, a oprawa widowiska zwyczajnie przyciąga wzrok. I TO się ogląda.
Owładnięta przez PiS-uarów publiczna telewizornia, utrzymująca się z abonamentu pozazdrościła innym, że potrafią zrobić owo COŚ, więc przygotowała swoje show pt. "Gwiazdy tańczą na lodzie"...
Fragment tych wypocin obejrzałem i zobaczyłem DNO zamiast wspomnianego COŚ (poprawniej powinienem napisać CZEGOŚ). Przeprowadzający wywiady z uczestnikami facet - wzięty chyba z łapanki - pytał każdego w uczestników miernego w swej jakości widowiska dokładnie tymi samymi słowami: Czy masz tremę przed występem?
Ile można? Czy gość jest na tyle ograniczony, że nie ma innego zestawu pytań? I takie nawet nie miernoty dziennikarstwa promuje się za publiczne pieniądze. No i kto dopuszcza do emisji takiej sztampy? Na te pytania odpowiedzi z pewnością nie uzyskam. Przeciwko temu właśnie tandetnemu programowi przeciwstawił się wspomniany rzecznik od spraw obywatelskich. A uzyska pewnie tyle samo, co i ja.
Na marginesie, ile faktycznie mamy w tym programie, na owym lodzie, GWIAZD? Pewnie niektóre z nich - wyjeżdżając na lód - dowiedziały się, że tymi GWIAZDAMI są. Jakaś to trzecia lub czwarta liga artystycznego światka.
No i jeszcze margines numer 2 - do regionalnych ośrodków telewizyjnych nadszedł nakaz, żeby o jedną godzinę (nie chcę skłamać czy w tygodniu w miesiącu) zwiększyć liczbę programów o tematyce religijnej, a dokładnie katolickiej.
Z pieniędzy pochodzących z abonamentu. Ludzi o różnych światopoglądach.

Sphere: Related Content

niedziela, 5 października 2008

Wała na taki szantaż

Nijak pojąć nie można dlaczego światowa federacja piłkarska włazi z butami pomiędzy wódkę a zakąskę polskiej piłki kopanej. Interweniujący, a dokładniej zamierzający oczyścić już nawet nie stajnię Augiasza, a totalny syf, szambo w rodzimym futbolu rząd otrzymał ultimatum od władz FIFA, że jeżeli ten nie przywróci kierownictwa PZPN, reprezentacja nie będzie mogła zagrać meczów z Czechami i Słowacją, a dokładniej przegra je walkowerem.
I dobrze, niech przegra. Trudno. Nie można jednak ugiąć się pod tego typu naciskiem.
Zacietrzewiony kibic będzie mieć pewnie za złe, że czynniki decyzyjne w tym kraju postąpiły tak, a nie inaczej. A niby dlaczego miałyby stawać w jednym szeregu z tak zwanymi działaczami, którzy przez lata łaskawym okiem spoglądali na liczne przekręty, a niejednokrotnie na normalne przestępstwa popełniane przez podległych im - również tak zwanych działaczy? Na marginesie, jeżeli mnie pamięć nie myli, około 250 osób ma postawione zarzuty, a część z nich siedzi za kratkami.
Czy można się godzić na tolerowanie takiego łajna, kiedy odwołani z PZPN działacze zwyczajnie umywają ręce, twierdzą, że nie mieli nic wspólnego z korupcyjnymi działaniami, więc są czyści. Co jednak robili przez tyle lat, wiedząc dokładnie co się w tym piłkarskim piekiełku dzieje? Dlaczego wtedy nie zareagowali?
Ciepłe posadki były znacznie wygodniejsze od tego, by działać, a nie tylko po to, by tym działaczem być...

Sphere: Related Content

niedziela, 28 września 2008

To nie Szwejk, ten był miłosierny

Zdumiał się Brat Mniejszy Większy, że ministerstwo od obrony narodowej nie zaprosiło go na ćwiczenia wojskowe Anakonda 2008 (co za nazwa!). Zdumiał się dlatego, że jest - wedle polskiego prawa - zwierzchnikiem sił zbrojnych, nie tylko powstańców warszawskich (bo chyba na tejże formacji zakończyła się prezydencka percepcja wszelakich sił militarnych).
Aby sprawiedliwości stało się zadość, MON tłumaczy tę wpadkę z brakiem zaproszenia dla tymczasowego (miejmy nadzieję) lokatora budynku z Krakowskiego Przedmieścia faktem, że ten miał w czasie manewrów uczestniczyć w jakiejś tam sesji ONZ w Nowym Jorku (chociaż nie wiadomo po co, skoro języka nie zna, a problemy z założeniem słuchawek, by wysłuchać tłumacza są zbyt znane). Smrodek pozostał, i to z obu stron.
Pojąć jednak nie można na jaką jasną cholerę w całym tym konflikcie głos zabiera niejaki Joachim Brudziński zwany dalej szefem Zarządu Głównego PiS (to taka grupa w konflikcie ze wszystkimi, nawet z kumplami jednolitymi ideologicznie). I ów delikwent oświadcza, że MON zachowuje się żenująco. 
Co ten PiS-uar wyczynia, nie wiem - jak mniemam - prezydencka kancelaria ma na tyle wielu pracowników, że a.p.o.l.i.t.y.c.z.n.e.g.o BMW dodatkowo reprezentować nie trzeba.
Dobra, nieważne. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na owe polityczno-militarne żądania i żale. Jakoś jednak nieodparcie do głowy przychodzi mi dobry wojak Szwejk, który i tak wzrostem i miłosierdziem przerastał Prawych i Sprawiedliwych.

Sphere: Related Content

środa, 24 września 2008

Cacanki (jak zwykle)

Polska armia niebawem będzie chyba tak mocna, że podstawowym jej wyposażeniem staną się dzidy i oszczepy.
Nie ma w tym słowa przesady, skoro hałaśliwe namawianie młodych facetów, by wstąpili do zawodowego wojska ma dość marne przełożenie na okoliczność mamony, jaką potencjalni żołnierze mogą dostać za stanie się profesjonalnymi wojakami. Zresztą skąd resort od obrony ma go brać, jeżeli rodzimy przemysł zbrojeniowy (gdzie powinno się kupować niezbędne wyposażenie dla armii) funkcjonuje na pół gwizdka dzięki działaniom "profesjonalnych" polityków, których zabiegi doprowadziły do restrukturyzacji firm zbrojeniowych, a te polegały przede wszystkim na grupowych zwolnieniach. I tym samym - za znacznie większe pieniądze - kupuje się teraz zagranicą. Nie wszystko, ale ogrom. Z budżetu, który - jak mniemam - niekoniecznie rośnie w siłę.
No i jeszcze na dodatek Wielki Brat, co planuje wybudować jakąś tam tarczę antyrakietową, obiecując dokładnie to samo, kiedy wysyłano polskie wojska do Iraku rączkami swojego kongresu zapowiada mniejsze wydatki w naszym kraju na wybudowanie wyrzutni, natomiast dla Czechów, gdzie stanąć mają radary, kasa pozostanie niezmienna.
W zamian za to Polska dostała kolejną obietnicę zniesienia wiz. Obietnicę...

Sphere: Related Content

poniedziałek, 22 września 2008

Gadu-PiS-gadu

Typowa knajpka. Przy stoliku siedzi czterech jegomościów w okolicach sześćdziesiątki. Jeden z nich nagle zaczyna swe polityczne wywody:
- Ten k..., pier...ny oszust, sk...syn.
- Na kogo tak bluzgasz? - zainteresował się sąsiad.
- O tym, k..., jeb...ym gnoju Tusku, tym nierobie.
- Teraz bluzgasz, a pewnie na niego głosowałeś?
- Nigdy bym na tego kut... nie zagłosował. Na tego oszusta...
- Co, może kaczory lepsze?
- Nie ma lepszych od nich!
- Daj se luz, co oni takiego zrobili?
- Chyba ci, k... przyp...lę.
- Ładne masz pan argumenty - rzuciłem w kierunku zwolennika PiS-uarów opuszczając bar.

Tylko w jednym się zgadzam z owym delikwentem. Tuska też niekoniecznie lubię.

Sphere: Related Content

wtorek, 19 sierpnia 2008

No, tośmy zaszaleli

Jakoś tak przez pewien czas łapcie od klawiatury - niczym płetwy - opadły od pisania, bo tak zwane bordello polskiej sceny politycznej przekroczyło wszelkie możliwe granice.
Po pierwsze - oberprokurator wszechczasów zwany Gwozdkiem (Dyktafonem) do Trumny Ziobro tak się zarzekał, że zrzeknie się immunitetu, no i jako jedyne niebożątko pojęcia nie miał, iż odbędzie się komisja mająca tegoż przywileju go pozbawić go zamierza. Zleciało się natomiast pełno jego - no i Braci Stereo - pretorian, chcących zagłuszyć Muchołapa Niesiołowskiego, co to owej komisji przewodził. Kto pamięta - wie, jakie hasła rzucane były - rodem z "Folwarku zwierzęcego" Orwella. Na nic innego bandy PiS-dzielców nie stać. Tylko na puste okrzyki trafiające do moherelektoratu. I niech tak zostanie, byleby pod strzechy nie trafił...
Po drugie: Napieralski Grzegorz, w którym pokładano nadzieje na zmianę, miał być owym lekarstwem, stał się gościem starającym się ukręcić swoje lody na politycznej scenie, odrzucając ofertę platformersów i przystając na to, co proponowały PiS-uary, broniąc swoich bastionów w publicznej telewizorni. I nie wiadomo co dalej będzie. Z Napieralskiem - ponoć SLD - Grzegorzem. Tym, co zapowiadał, że przeciwstawiać się będzie konkordatowi i innym watykańskim zdobyczom w kraju nad Wisłą.
No i po trzecie...
Tarczę nam przyszykowano, jakąś antyrakietową. Powiem wprost - zarówno Kaczki, jak i Donaldy to po prostu dupy wołowe, i to strasznej maści. Niech mnie ktoś sprostuje, ale pamiętam jak dziś, że tego typu tarcze antyrakietowe funkcjonują m.in. w Egipcie i Turcji, no i amerykańce corocznie muszą bulić miliardy dolców na ich utrzymanie. Aby być ścisłym - do budżetów tych krajów. Naszym negocjatorom od siedmiu boleści zaproponowano dokładnie to samo, co w chwili, gdy wysyłano polskich żołnierzy do Iraku, a potem do Afganistanu. I to było na tyle. Pewnie i tym razem na obietnicach się skończy, może na kilkudziesięciu milionach spadających na łeb i szyję dolarów.
Negocjacje zatem mieliśmy, w polskim stylu. Tradycyjnie na kolanach.

Sphere: Related Content

poniedziałek, 14 lipca 2008

Olimpijskie palanty

Sphere: Related Content

niedziela, 6 lipca 2008

Oczywista oczywistość

Ostrzyłem sobie zęby na tak zwany kabareton w abonamentowej TVP 2. Z niewielkimi wyjątkami występ trwający prawie 4 godziny okazał się "cienizną".
Wyjątkiem od reguły było stwierdzenie, że w jeszcze nie tak dawno wyśmiewano się z władzy. Teraz zmieniono reguły i śmieją się ludzie z opozycji.
Sądzę, że wiem dlaczego.

Sphere: Related Content

niedziela, 29 czerwca 2008

Żenada

Miało już nie być o Euro, jednak natchnął mnie Artur Boruc, bramkarz polskich zawodników w piłkę kopaną, jeden z niewielu jasnych punktów na tych kończących się mistrzostwach. Drugim takim punktem okazał się nowy obywatel którejś tam RP Roger Guerreiro.
Podczas ostatniego meczu na trybunach zasiadł Lech K. zwany dalej prezydentem. Dał czadu, szczególnie na okoliczność znajomości podstawowych zasad związanych z kibicowaniem i nazwiskami zawodników. Tego już Boruc nie wytrzymał:
Roger to bardzo sympatyczny chłopak, zaawansowany technicznie. Każdy z nas jechał na Euro w jakimś celu, miał coś do udowodnienia, ale Roger chyba najwięcej. Szkoda tylko, że pan prezydent, który nadawał mu obywatelstwo, nie wie jak się nazywa. Przekręcił nazwisko Rogera, przekręcił moje. Jeśli tacy ludzie mają jeździć na mecze, wolę grać przy pustych trybunach. Nasz kochany prezydent trzymał też odwrotnie szalik. Może pierwszy raz był na meczu? Wszystko to było żenujące.
I nie dziwię się powyższym słowom reprezentacyjnego bramkarza, który - wedle Jaśnie Panującego Prezydenta reprezentującego wyłącznie partię, z jakiej się wywodzi - nazywa się "Borubar", natomiast Guerreiro to "Perejro".
Ileż to razy politycy i nie tylko wspominali, że Lech K. winien zatrudnić logopedę, speca od wizerunku (którego by się słuchał), a całą tę obecną świtę - pognać na cztery wiatry. Nie dociera, no i mamy efekty na międzynarodowej arenie.
Dno zawsze dnem pozostanie.

Sphere: Related Content