Zanim wejdziesz...

W USA mamy Disneyland, w Danii - Legoland, a w Polsce? Odpowiedź jest prosta - Kaczyland, Kleroland.
Nie poradzę nic, że mój obraz władzy najwyższej jest tak niski...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 maja 2008

Komuno (szkolna) wróć !

W jakichś politycznych zakamarkach słychać coś w stylu "brzdąkania", że niby do łask powrócić ma stary sprawdzony system szkolny, w którym podstawówkę kończyć się będzie w cyklu 8-klasowym a szkołę średnią (nie wliczając zawodówek) w 4- lub 5-letnim (liceum lub technikum). Byłoby zatem jak za brzydkiej komuny. Chyba jednak słusznie.
Błędów, jakich się namnożyło w ostatnich tygodniach w rodzimej edukacji było tyle, że główki biednych uczniów mogą nie tylko rozboleć, ale zwyczajnie popękać...
Egzamin gimnazjalny, podczas którego zadano pytania o lektury, jakich gimnazjaliści zwyczajnie nie "przerabiali". Padli na tychże zagadnieniach, bo nie "przerabiali" takich lektur, więc zdobyli mniej punktów na owych testach, więc droga do wymarzonej szkoły średniej jest dla nich zamknięta. Aby było śmieszniej, zaalarmowane o fakcie kuratoria oświadczyły, że będą pilotować pokrzywdzonych uczniów, by dostali się do wymarzonych szkół. Tymczasem szkół tychże dyrektorzy stwierdzili, iż takich uczniów oni nie wezmą pod swe skrzydła, a kuratorium nakazu przyjęcia tychże wydać im nie może. Zatem - jak to życiowo określę - dupa blada. Nawet zdolni, którzy mieli problem z "przerobieniem"lektur mogą o dobrej szkole tylko pomarzyć. Prymusi również. Ile to zatem dziecięcych marzeń poszło na zmarnowanie, bo jakiś autor pytań okazał się zbyt ambitny albo polonista wyszedł z założenia "nie-chce-mi-się". Za tenże błąd konsekwencje mają ponieść jednak nie nauczyciele od polskiego, ale dyrekcja szkoły (nawet gdy uczy chemii lub matematyki?). Cudnie...
Na maturze w pytaniach z jakiejś wiedzy o społeczeństwie też wykryto błędne pytania. Znaleźli to uczniowie. Coś z tym zrobić mają teraz władze oświatowe. Co? Pewnie skończy się na tym samym jak w przypadku niefortunnie w pytania trafiających gimnazjalistów.
Może wystarczy tych przykładów, jakich w ostatnich tygodniach było więcej. Oświata jak kuleje, tak kuleć będzie.
I w tym miejscu nasuwa się coś w rodzaju pytania: co za palanciarstwo układało pytania egzaminacyjne na owych poziomach edukacyjnych? Kto poniesie NARESZCIE konsekwencje za błędy na górze? Do jakiego sądu mają udać się uczniowie, którym nie dano szansy na naukę w szkołach, do jakich uczęszczać faktycznie powinni, a na skutek czyjegoś niedopatrzenia powinęła im się noga? Kto i ile zapłaci im za zniszczone na samym wstępie życie?
Wróć komunistyczny systemie, bo ten sprawdza się jak... Może nie dopiszę steku wulgaryzmów.

Sphere: Related Content

wtorek, 22 stycznia 2008

Kochanowski won!

Najpierw Giertych i jego spadkobierca Legutko namieszali w lekturach, a teraz do tematu tegoż dobiera się wiceszefowa Związku Nauczycielstwa Polskiego rodem z miasta Łódź. Pani owa stwierdziła, że w "Lalce" Bolka Prusa znajdują się akcenty antyżydowskie, więc dzieło to, uznawane przez niektórych za jedną z najlepszych polskich powieści pozytywistycznych, należy przenieść do lektur uzupełniających. Podobnie - zdaniem owej pani z ZNP - winno stać się z "Chłopami" Władzia Reymonta i twórczością Zygi Krasińskiego.
Pierwotnie zdębiałem, ale teraz rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Nie należy wzbudzać niechęci do jakiejś nacji, zaogniać i podjudzać.
Pojmuję, że skoro pani z ZNP jest z Łodzi, nie za dobrze odbierane są tam akcenty antyżydowskie. Ale przecież nie na tym koniec. Chwila zastanowienia i poszedłem nieco dalej. Przecież inni też pisali źle o pewnych grupach społecznych czy narodach i ową literaturę należy dostosować do aktualnych wymogów.
Kto zatem winien pójść w cholerę?:
- Romantycy (m.in. Mickiewicz i Słowacki) - won! Bo antyrosyjskie utwory mieli, a tego za wschodnią granicą mogą nie znieść i gaz zakręcą albo jakoweś embargo wprowadzą.
- Jasiek Kochanowski - bo ekolodzy niekoniecznie są przez wszystkich lubiani, a on pod lipą pisał.
- "Ogniem i Mieczem" - bo jak akcenty antyukraińskie pozwolą nam wspólnie zorganizować EURO 2012?
- "Pan Wołodyjowski" - skoro Turcy dążą do Unii Europejskiej.
- "Monachomachia" - bo obraża dobra materialne księży katolickich.
- "Bogurodzica" - jeżeli protestanci nie uznają kultu maryjnego.
- Olek Fredro - bo pisał świństwa ("XIII księga Pana Tadeusza", "Sztuka obłapiania" itp.).
- Elizia Orzeszkowa - bo mocno przynudzała.
- Stefek Żeromski - bo obnażał wady II RP.
- Władziu Broniewski - bo komuch i na dodatek napisał "Słowo o Stalinie".
- Tadek Borowski, Zosia Nałkowska, Leoś Kruczkowski i inni - za całą literaturę wojenną czyli antyniemiecką, bo jak inaczej z panią kanclerz Merkel się układać?
- Witkacy - bo narkomanem był.
- Józiek Ignaś Kraszewski - won za "Starą Baśń". O poganach dzieci uczyć się mają?
To tylko kilka propozycji. Każdy pewnie byłby w stanie dorzucić swoje trzy grosze.

Sphere: Related Content

środa, 28 listopada 2007

Spoczywajcie zatem w (nie)pokoju cz. 1

Kaczyzm nie zginie, z pewnością nie za prędko, bo zaczyna się tworzyć coś na jego podobieństwo, co na własny (a być może nie tylko) użytek nazwę tuskizmem. Pierwszym krokiem w edukacji miało być zniesienie obowiązku chodzenia w mundurkach. Tymczasem rozpoczyna się nowy etap w historii powojennego szkolnictwa.
Barbara Kudrycka - nowy minister z platformerskiego pomazania od nauki i szkolnictwa zmieniać chce sposób finansowania studiów. Chciałaby wprowadzić system gwarantowanych kredytów na opłacenie nauki na poziomie wyższym, czyli wyjdzie na to, że studiowanie na państwowych uczelniach będzie po prostu płatne. A dzieje się tak po apelu władz finansowanych z budżetu państwa szkół wyższych, bo ci twierdzą, że bezpłatna nauka w Polsce jest fikcją.
Jeden z argumentów: W Polsce mamy około 2 miliony studentów z czego 1,25 mln uczy się w szkołach prywatnych, a tylko ta reszta (mniej więcej 750 tysięcy) w państwowych, co jest dla owej większości niesprawiedliwe, bo ci pierwsi płacić muszą, pozostali - nie. I to zmianie ma ulec.
Podam zatem przykłady mi znane ze świata nauki:
1. Pewien znany mi chłopak pochodzący z niezbyt majętnej rodziny studiuje jednocześnie dwa kierunki związane z medycyną. Uczy się znakomicie, jednak nie ma do końca sprecyzowanych planów dotyczących swej przyszłości, chociaż powolutku zaczyna coś przebąkiwać o genetyce. Normalnie, gdyby platformerskie reguły miały wejść w życie, nie miałby najmniejszej szansy na studiowanie choćby na jednym z kierunków, bo z pewnością nie byłoby go na to stać.
2. (Niekoniecznie ze szkolnictwa wyższego, chociaż z pewną aluzją) Absolwentka podstawówki nie dostała się do renomowanego gimnazjum. Trafiła do prywatnego, gdzie pobierane jest czesne. Po niespełna dwóch miesiącach okazało się, że pomiędzy jej wiedzą a pozostałymi uczniami istnieje ogromna przepaść, nie miała sobie równych, po prostu w szkole tej się nudziła i można było podejrzewać, iż jej zdolności staczałyby się po równi pochyłej. Ze szkoły odeszła, do tradycyjnego gimnazjum, jakie działają przy podstawówkach. Tam przynajmniej coś wymagają i czesnego płacić nie trzeba.
Tyle może z dającymi do myślenia przykładami ludzi zdolnych a planami tuskistów wprowadzenia odpłatności za studia.
Skoro tak zamierzają, najpierw niezbędna będzie zmiana konstytucji i dostosowanie jej - wolą również i platformersów, jeżeli takich zmian pragną - do tego, co planowały z owymi najzdolniejszymi, a szczególnie najuboższymi zrobić w swoim konstytucyjnym projekcie ich poprzednicy, czyli wyznawcy kaczymu. Jakież kryteria będą stosowane? Zarobków? Niekoniecznie może ono oddawać sytuację, gdyż jeśli za owo kryterium uznamy dochód poniżej np. 500 złociszy na osobę ileż to będzie niedoszłych, acz zdolnych (niekoniecznie laureatów olimpiad czy im podobnych konkursów). W ich rodzinach na głowę przypada 600-800 zł, jednak kiedy odliczymy czynsz, gaz, prąd, zazwyczaj jakiś kredyt, mamy kwotę znacznie poniżej mogącej obowiązywać normy. Tym możliwość studiowania zwyczajnie się odbierze. Kryterium oceny kto jest ubogi a kto nie zaistnieć muszą. Byleby tylko nie były to zasady obowiązujące w ZUS-ie przy przyznawaniu praw do renty...
Władza odrealnia i odbiera rozum. Spadkobiercy kaczyzmu - tuskiści - spoczywajcie zatem...

Sphere: Related Content

niedziela, 18 listopada 2007

W oświatowym spadku...

Zastanawiam się po ki grzyb wprowadzono egzamin maturalny z języka polskiego w nowej formule. Iluś tam speców od edukacji nad tym siedziało, by wreszcie stwierdzić, że część ustna polegać ma na prezentacji jakiegoś tematu, na którego przygotowanie uczeń ma czas około pół roku, zna przecież temat, może się tego nauczyć na pamięć. Dobra, niech będzie...
Na odchodnym tymczasem pewien facet o nazwisku Legutko, który mienił się być ministrem od edukacji wysunął propozycję, aby... matura odbywała się wedle starych zasad, czyli części pisemnej (tzw. wypracowania) oraz ustnej (losowanie kartek z trzema pytaniami) i odpowiedź na nie.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby ów były już ministerek nie narobił uczniom i nauczycielom totalnego bajzlu, rozszerzając jak tylko można listę lektur, jakie w szkołach przerobić należy. Przecież skoro konkretny spis funkcjonuje, nie ma zmiłuj, aby nie wypadało tego egzekwować?
Tym też sposobem giertychizm-legutkizm (nie mylić z marksizmem-leninizmem) przechodzi do absurdów historii polskiej oświaty.
Z pewnością jest to znacznie ciekawsze do rozgryzienia niż propozycja, jaką składa nowy rząd, który przymierza się do likwidacji kuratoriów, będących niczym innym jak politycznym ramieniem władającej krajem ekipy. Może to i słuszna koncepcja, szczególnie wygodna dla dyrektorów szkół, bo ci za dokładnie nie wiedzą co począć ze sobą, kiedy mają nad sobą dwuwładzę. Z jednej strony przecież owo kuratorium, z drugiej kierownictwo z magistratu. A jak jeszcze przyjdą sprzeczne dyrektywy, wspominać nie trzeba.
W każdym razie, sympatycznie jest, niekoniecznie uczniom.

Sphere: Related Content

czwartek, 1 listopada 2007

Lekturowe sprzątanie

Czy w Ministerstwie Edukacji nie można urządzić gabinetu osobliwości? Taki pomysł przedkładam. Jak sobie przypominam, każdy z szefów tego resortu palnął jakąś mniejszą lub większą gafę, podjął jakąś kontrowersyjną decyzję. Z pewnością i kolejny minister z czymś niezbyt mądrym wyskoczy, co spotka się z ostrą krytyką, więc będzie w stanie dołożyć i swoją cegiełkę do wspomnianego gabinetu...
Przerost formy nad treścią mieliśmy jednak w ostatnich miesiącach. O mundurkach już nie wspominam, bo sprawa tychże wdzianek w niebyt powolutku idzie - ma być tak, że dobrowolnymi one się staną, a decyzja o ich noszeniu lub nie zależeć będzie od rodziców i pedagogicznego ciała.
Pozostała jednak słynna sprawa kanonu lektur, jakie to uczniowie czytać mają. Sam jako z wykształcenia polonista stwierdzić mogę, że chyba tylko niektóre semestry swego nauczania mogły nieść ze sobą większą liczbę tak zwanych dzieł literatury do przeczytania. Tu jednak człek wiedział na co się decyduje i zmiłowania nie było.
Co z kolei ma powiedzieć dzieciarnia, której zarzucono do przerobienia kolosalne wręcz ilości stron, z którymi uporać się muszą? Dwie-trzy lekcje na omówienie lektury i zabieramy się za następną.
I ten właśnie wariant ma zostać zmieniony. Już dziś wiadomo, że giertychowo-legutkowe pokłosie (to właśnie nominuję do gabinetu osobliwości) ma stać się tematem debaty, gdyż choćby Polska Izba Książki czy Stowarzyszenie Nauczycieli Polonistów już protestują przeciwko nadmiernemu obciążeniu uczniów zbyt bogatym zestawem lektur. Poczekajmy zatem jaki w tej sprawie ruch wykonany zostanie, byleby tylko obietnice w niepamięć nie poszły.
Niestety, śmiem podejrzewać, że sprzątanie po ekipie Jedynie Prawych i Sprawiedliwych trwać nie będzie aż całą kadencję. Chociaż do roboty w tym względzie jest naprawdę zbyt wiele...

Sphere: Related Content

niedziela, 28 października 2007

Czkaweczka demundurkizacyjna

Za karę wyborcy odsunęli Romana Sztywnego, bo z edukacji jaja sobie robił. Degiertychizacja i delegutkizacja pewnie z czasem stanie się faktem, chociaż sporo litrów artykułów winopodobnych na podzespołach siarkowych obywatele (zwani przez pewnego pana dziadami) w bramach pochłoną, zanim ich uczynki pójdą w prawno-legislacyjny niebyt. Powielanie - wzorem Chińczyków - jednolitego umundurowania to coś, co spędzać będzie długo sen z powiek. Tym bardziej szefom szkół, którzy pospieszyli się z tym posunięciem.
I sprawa ta się czkaweczką odbić może, skoro formowany rząd zapowiada, że jednoznacznie powie: won wspomnianym mundureczkom. Totalitarnie chcieli dzieciątka szkolne poubierać, by się dziatwa za bardzo nie wyróżniała strojami spośród rówieśników. Niestety, jak to jest, że biedny naród, co to uzależniony od psychiczno-emocjonalnych zachowań wybrańców był, musiał płacić z własnej kiesy za umyślone na górze pomysły. Demundurkizacja oświaty zajmie jednak nieco czasu, a z pewnością zdążyć się z tym nie uda do 2 grudnia, kiedy to wszyscy uczniowie odziani w te stroje być mają. Pewnie zatem kto nie zdąży się ubrać na chiński wzór, ukaranym zostanie, a dokładniej dyrekcja szkoły takowej, bo nie dopilnowała terminów. Problemik jednak w tym, że zaledwie miesiączek później – jak domniemywać można – nowy rząd przeforsuje zapowiedź swą o delegalizacji mundurków. To się właśnie nazywa paranoją.
A jeszcze cosik przydałoby się do tego paszteciku dorzucić – cóż poczną ci, którzy mundureczki już swym niebożątkom nabyć zdążyli? Jeżeli one w obowiązku noszenia nie będą, a kupili je w stanie dobrowolnego przymusu? Zwróci im wyłożoną mamonę kaczyńsko-giertycho-lepperowy rządzik upadły, czy też – o ile ktoś wystąpiłby do sądu z wnioskiem o ściganie za bezprawne np. wyłudzenie (bo chyba tak można określić mundurkową sprawę) – znów sprawa zrzucona zostanie na spadkobierców rządów Braciuni Maluśkich?
To nie jedyny absurdzik, jaki wraz z nowym szkolnym rokiem się pojawił. Bełchatów taki rygorem sobie stoi, szkolny rzecz jasna. Za zapomnienie przez ucznia tenisówek na zmianę, by po swej oświatowej placówce w ubłoconych glanach nie ganiał trza zapłacić jeden zeta, a w innej szkole brak indentyfikatora karany jest kwotą o połowę mniejszą. Jak ktoś kasy nie ma, odpracować swe roztargnienie może sprzątaniem.
No i kolejny dobrowolny przymus mamy, a niejaka inspekcja pracy zainteresować się owym procederem powinna, gdyż nieletniego do roboty zmuszanie jakoś tak niezgodne z czymś tam jest chyba. Jak robić nie chce, płacić ma, a gotówa na szkolne cele przeznaczoną ma zostać. Cel może i szczytny, jednak metody do życzenia wiele pozostawiają. Skądś ów dobrowolny przymus pamiętam...

Sphere: Related Content

niedziela, 7 października 2007

JKM powiedział, co wiedział

Z lat szkolnych pamiętam, gdy matematyczka zapytała na którejś z lekcji: "To kto dziś będzie odpowiadał na ochotnika?". W klasie nastała kompletna cisza, a wielu z nas zaczęło się nieco kurczyć. "No to na ochotnika odpowie dziś..." - oświadczyła nauczycielka. Miałem szczęście, na mnie nie padło.
I tak mi się to zdarzenie skojarzyło ze słowami największego oryginała na polskiej scenie politycznej, który z sobie tylko wiadomych powodów wszedł w jakąś dziwaczną koalicję z LPR. Otóż Janusz Korwin-Mikke wyznał: "Roman Giertych zniósł przymus chodzenia bez mundurków (...) Do tej pory nie można było chodzić w mundurkach, a teraz można.
Teraz trzeba
".
Przyznam, że nic z tego nie kumam niczym ta żaba. A jeżeli dodamy do tego kolejną edukacyjną mądrość życiową: "Jeśli większość rodziców woli jednak mundurki, to z dwojga złego lepszy jest Giertych", osiągamy pełny odlot.
Zatem dodam do tego inną mądrość. Czy wiecie, że 10-1=1? Nie bądźcie zdziwieni. Chodzi o system binarny, wykorzystywany w informatyce.

Sphere: Related Content

środa, 26 września 2007

Kto zapłaci ?...

Tak to od lat w tym kraju jest, że za wszystko, co wymyślone na górze biedny ludek płacić musi. Po prawach jazdy, dowodach osobistych i innych nowinkach wspomagających nadszarpywany przez polityczne ambicje budżet państwa pojawiły się mundurki.
Tym też sposobem wspomniane uniformy zobaczyć można będzie we wszystkich szkołach mniej więcej w połowie października. Ich ceny bywają różne, bo od 30-40 złociszy, nawet do dwóch i więcej setek, w zależności od tego, co sobie wybiorą rodzice i ciało pedagogiczne. Pewnie i tak niektórzy - w przypadku, gdy majętni wskażą na dany model wedle swojego portfela - zadowoleni nie są.
To jednak nie wszystko, bo bezmyślność granic nie zna. Czysta demokracja spowodowała, że każda szkoła, nawet klasa, może mieć swój własny typ mundurków. No i stało się - w pewnej placówce oświatowej umyślono sobie - jako szkolny uniform - polarowe kamizelki. Aby było śmieszniej, strój taki ma obowiązywać przez cały szkolny rok. Na dodatek dzieciarnia musi chodzić w kamizelkach zapiętych.
Znając życie, uczniowie w takich wdziankach, szczególnie w cieplejszych porach roku organizmy będą mieli jakby trochę przegrzane. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że wystarczy lekki wiaterek i jakieś przeziębienie czy grypa przyswajalne będą lepiej niż wiedza. Czeka więc rodziców kolejny wydatek, pewnie przynajmniej raz w miesiącu następnych kilkadziesiąt złotych na leki. Jedna giertychowa decyzja, podtrzymana legutkowym błogosławieństwem...
A za medykamenty rodzicu płać, wychowując coraz to bardziej schorowane latorośle. Chociaż tak właściwie wypadałoby ustawodawcę obciążyć. I tak znów z pieniędzy podatników, bo z własnej kieszeni - spodziewać się nie należy.

Sphere: Related Content

czwartek, 13 września 2007

Edukacyjny biznes po polsku

Zakładasz własny interes? Zgłoś się do rządu albo władz gminnych po dotację, która należy się każdemu, kto prowadzi biznes na swój rachunek. Żartowałem, chociaż nie do końca.
Na czym można zarobić? Chyba na wszystkim, bo prawie wszystko jest dziś towarem. Nauka – jak najbardziej. Powstało więc szereg szkół prywatnych, gdzie uczyć się można, ale za owa wiedzę trzeba płacić w formie tak zwanego czesnego. Jeżeli dziecię chodzi do takiej szkoły, rodzice musza te minimum kilkaset złociszy wysupłać, i to co miesiąc. Niby to elitarne miały być szkoły, jednak część z nich pozostawia wiele do życzenia. Pod względem poziomu nauczania rzecz jasna.
Nie od dziś wiadomo również, ze edukacja nigdy dochodowa nie była, więc – znajdujące się na samorządowym garnuszku – szkoły muszą być dofinansowywane, a kasa do gmin trafia z państwowego budżetu (czyli z naszych podatków). No i kołowrotek z kagankiem oświaty się kręci, ale jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności garściami czerpią z tego i ci, co pozakładali prywatne placówki oświatowe.
I tego właśnie pojąć nie sposób. Skoro za naukę oficjalnie płacić trzeba, i to przecież niemałą, comiesięczną gotówkę, należałoby pójść tym tropem i jednoznacznie stwierdzić, iż każda działalność gospodarcza (a za taką wypadałoby uznać prywatne szkolnictwo) winna być dofinansowywana z państwowej kasy. Zawsze przecież pod oświatę można coś podpiąć, nawet fabrykę śrubek, bo te mogą być wykorzystywane przez uczniów przygotowujących się do zawodu. O komercyjnych szkołach językowych wspominać nawet nie trzeba, gdyż w nich nauka wrze.
Nic bardziej mylnego, bo Ustawa o systemie oświaty tak problem rozwiązała, że “prowadzenie szkół, placówek lub zespołów nie jest działalnością gospodarczą”. A czym zatem jest? Kopalnią odkrywkową pomarańczy, hodowlą parasoli, koszeniem trawy? Chyba najbardziej koszeniem, ale pieniędzy.
Aby było jeszcze ciekawej, taka prywatna szkoła może otrzymać uprawnienia przynależne szkołom publicznym i wtedy dostawać dokładnie tyle samo gotówki. Tyle tylko, że w publicznych nie ma czesnego. Prywatne koszą zatem z dwóch źródeł, jeżeli spełnią wymogi, w przeciwnym razie do ich kasy wpływa 50 procent mniej. Nie wiadomo dlaczego, jeżeli w sumie to prywatny biznes. Nie można też zapominać o przedszkolach. Prywatnym właśnie, którym przekazywać należy na mocy wspomnianej ustawy nie mniej niż 75 procent kwoty przewidzianej w danej gminie na jedno dziecko. Podobnie jest z uczniami, za naukę których (100-procentowa stawka) płacić trzeba – wedle mojego rozeznania – minimalną kwotę około 250 złotych miesięcznie.
Według danych sprzed dwóch lat (takie udało mi się odszukać) w Polsce funkcjonowało ponad 4100 prywatnych placówek oświatowych, licząc od podstawówek do szkół policealnych, a uczyło się w nich przeszło 280 tys. Osób. Gdybyśmy skromnie pomnożyli tę liczbę razy 150 zł dofinansowania z państwowej kasy, wychodzi na to, ze niepubliczna edukacja kosztuje miesięcznie ponad 42,4 mln zł, co w skali roku daje 509,4 mln zł. Zaznaczam, że są to wyłącznie moje wyliczenia, ale – jak sądzę – niedaleko odbiegające od prawdy. Tak przynajmniej sytuacja wyglądała 2 lata temu. Jak jest dziś?
Dziś w publicznych szkołach mamy mundurki, jakie narzuciło Ministerstwo Edukacji Narodowej. Szkół publicznych przepisy te nie dotyczą.
 

Sphere: Related Content

piątek, 7 września 2007

Patataj, patataj

Od lat slyszałem, że wykształcenie jest podstawą do dalszego życia. Z czasem jednak pogląd ten można zweryfikować, kiedy widzi się jakie są realia. I trudno przewidzieć czy obecnie dzieciakom zechce się uczyć, szczególnie przy tym, co pozostawiają po sobie giertychowo-legutkowe rządy.
Najpierw na tapetę poszedł Gombrowicz, który niby to homoseksualizm szerzy. Wyszedł z tego niezły młyn, odwołano Romana Pięknego Sztywnego, by nastał niejaki Legutko (z nadania Brata Mniejszego Mniejszego). Ten dopiero rzutem na taśmę przedstawił nowy spis lektur, jaki obowiązuje od tego roku szkolnego. Zestaw, już oficjalny, przypomina coś, co można będzie nazwać wyścigiem.
Z lat swych szkolnych pamiętam, że nauczyciele bez najmniejszego problemu byli w stanie poświęcić na omówienie mniej lub bardziej (to moja subiektywna ocena) wartościowych dzieł literatury polskiej, a bywało, że i światowej. Był na to czas, bo po prostu lista lektur, mimo że wcale niemała, dawała belfrom spory komfort. Stąd też pozwalaliśmy sobie nawet na żarty, wymyślając nowe tematy prac w stylu: "Hans Kloss jako spadkobierca Konrada Wallenroda". Był na to czas. Wracając jednak do spadku, jaki dziś uczniowie otrzymują po rządach wspomnianych ministrów, nie należy się spodziewać, aby jakakolwiek lektura mogła zostać zrozumiana.
Przyznam, że nie liczyłem ileż to powieści, poematów czy też wierszy "przerobić" będzie musiał uczeń gimnazjum, liceum i technikum, ale będzie tego tak mniej więcej na regał, i to niekoniecznie mały, z biblioteki. Co zatem w związku z tym?
Krótko rzecz ujmując, pewna polonistka przyjęła ów spis z niemałym przerażeniem, bo wygląda na to, że uczniowie nie będą robić nic innego, jak tylko czytać, czytać i jeszcze raz czytać, nie mając właściwie czasu na inne przedmioty. Poza tomiskami Sienkiewicza, Orzeszkową, Prusem, Żeromskim do łask wracają m.in. "Noce i dnie" Dąbrowskiej. Dorzućmy do tego romantyków, literaturę młodopolską i mamy niezły pasztet. Realnie wyglądać będzie to tak: ze dwie lekcje na jedną lekturę (poprzedzoną długim czytaniem) i szybko przejście do kolejnej lektury.
Sytuację tę można tylko przyrównać do wycieczki krajoznawczej: "Na prawo widzimy Kraków, na lewo Częstochowę, jedziemy dalej".
Program, niestety, zrealizować trzeba w całości, a to choćby z tego powodu, iż po zakończeniu edukacji na każdym z poziomów trzeba zdać egzamin. Czy uczeń powie przed taką komisją egzaminacyjną, że książki jakiejś nie zna, bo nie omawiano tego na lekcjach? Ot i polska rzeczywistość.

Sphere: Related Content

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Zgotowali ten los...

Od nowego roku szkolnego przerwy obiadowe będą wydłużone o minimum 10 minut? O ile tego zarządzenia nie wprowadziło jeszcze, z pewnością stosowny dokument się ukaże. Przecież umundurowane dzieciaki nie tak od razu będą umiały przestawić się z łyżek, widelców i noży na pałeczki. Żart to oczywiście, ale znacznie mniej ciekawy los spotka niektórych uzdolnionych absolwentów zreformowanych podstawówek, którym się nie do końca poszczęściło.
Były już na szczęście obelbelfer bez uprawnień do nauczania albo był na jakichś prochach, albo jaja robił sobie z podległego mu resortu. Lista lektur, wspomniane mundurki - to tylko niewielki skrawek jego "dzieła naprawy oświaty". Szkoda, że nie raczył zająć się losem wspomnianych absolwentów szkół podstawowych. Zresztą, aby sprawiedliwości stało się zadość, stwierdzić trzeba, iż ŻADEN z odpowiedzialnych za edukację nie raczył zająć się tymże tematem.
O tym, że wśród całej rzeszy mniej lub bardziej przeciętnych uczniów znajduje się grupa tych wybijających się, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Spośród nich spora część ma aspiracje do kształcenia się w szkołach o znacznie wyższym poziomie, niekoniecznie w tych, jakie proponują połączone z podstawówkami gimnazja...
W znacznie lepszym położeniu - aby w miarę przystępnie wyjaśnić wszelkie zawiłości z tym związane - znajdują się absolwenci gimnazjów, mogący składać podania do trzech szkół wyższego szczebla, a potem, ewentualnie, wybrać spośród nich tę konkretną. Takiej alternatywy nie pozostawia się kończącym podstawówkę. Dla nich przewidziano opcję wyboru jednej konkretnej szkoły, czyli tak zwanego gimnazjum autorskiego, jakie działają w ramach liceów. Co trzeba zaznaczyć - tylko do jednego gimnazjum. A chętnych jest znacznie więcej niż miejsc, zazwyczaj na jedno przypadają minimum dwie osoby. Szczęściarzami można nazwać tych, którzy znajdą się w wymarzonej szkole. Co jednak z resztą?
Jakoś tak się składa, że o nich żaden z dotychczasowych ministrów pomyśleć nie raczył, bo pewnie jego dzieci albo za młode, albo już za stare są. Dopóki koszula ciału nie będzie bliska, temat podjęty nie zostanie. Mamy więc do czynienia z jedynym rozwiązaniem - ta grupa trafia do gimnazjów rejonowych, gdyż - w większości przypadków - nie ma szansy, by wróciły one w mury swej pierwotnej szkoły (o ile ta posiada gimnazjum).
Tyle tylko, bez prób generalizowania sytuacji, gimnazja rejonowe to niekoniecznie miejsce dla zdolnej młodzieży. Trafiają do nich uczniowie różnej maści, najczęściej wydalani ze swych macierzystych szkół, bo dopuścili się mniej lub bardziej kryminalnych przewinień typu rozboje, kradzieże itp.
Pewna nauczycielka takiego gimnazjum opowiedziała w chwili szczerości przypadek lekcyjny:
- Karol (imię można wstawić jakiekolwiek), powiedz mi co wiesz na ten temat.
- A co cię to kur.. obchodzi? Ty się nie boisz tak wieczorami wychodzić z domu? Nie boisz się o swoje dzieci? Odp... się!
No i w takie właśnie środowisko trafiają dzieciaki, którym pierwotne plany życiowe miały okazję się ziścić.
Nic to, w zamian mamy mundurki, spis lektur (w tym "Opowieści z Narnii", bo książkę tę uwielbiają dzieci byłego ministra) i już.
Co z tego, że każda władza oświatowa zaprzeczy jakoby powyższe było zgodne z obowiązującymi przepisami? Przepis jest martwy, a życie dzieciakom zgotowało taki, a nie inny los.

Sphere: Related Content

piątek, 24 sierpnia 2007

Spisu szczęśliwego

Co niektóre chłopaki z rządu naoglądały się chyba za dużo polskich komedii i teraz nieudolnie próbują naśladować ich bohaterów. Tyle że zamiast czegoś śmiesznego, wychodzi żenada. Szukać daleko nie trzeba, bo wystarczy ostatnie oświadczenie pana, który przejął schedę po odżałowanym już przez ciało pedagogiczne Romanie G.
Jego słowa żywcem przypominają to, co powiedział Marek Konrat, grając naczelnika więzenia w "Kilerze": Wiem, ale nie powiem. Rzecz dotyczy oczywiście kanonu lektur szkolnych dla klas wszelakich. Spis ma zostać ujawniony niebawem, jednak jeszcze nie teraz, bo pan minister ma takie widzimisię. W napięciu, tylko nie wiadomo po ki grzyb, zarówno belfradę, jak i uczniów potrzymać trzeba. A nauczyciele mają tym też sposobem mniej czasu na ewentualne uzupełnienie swej wiedzy, jaką później swym podopiecznym przekazywać będą. Nic to, pan minister ma kaprys, pan minister sobie może...
Ryszard Legutko, z obecnego zawodu minister edukacji uchyla mimo wszystko rąbka tajemnicy - nie będzie Tolkiena, bo i tak jest popularny, ale będzie "Robinson Crusoe" w oryginalnej treści. Widać, nawet spos lektur został utajniony, podobnie jak inne posunięcia w rządzie. Mniejsza z tym.
Mimo owego utajnienia, i tak poczytać sobie można czymże dziatwę młodszą i starszą raczyć się będzie. I tak przyznam, że z lekka zdziwienie ogarnąć może. Już w najmłodszych klasach proponuje się jakąś powieść "Anaruk - chłopiec z Grenlandii", gdzie dość naturalistycznych opisów z polowaniami związanych nie brakuje, a mimo to najmłodsi czytać to mają. Książka pokazuje obyczaje Eskimosów, co pewnie dzieciarni przydatnym będzie. Dlaczego? Być może z zamysłem wprowadzono taki tytuł, aby wskazać w jakim kierunku zmierzać ma kolejna fala emigracji.
Nowego kanonu ciąg dalszy - "Dzikowy skarb" opisuje czasy Mieszka I, powieść - krótko mówiąc - trudna. Ale dzieciarnia ma być patriotycznie wychowywana, więc niech ma za swoje.
Starsze klasy też lekko mieć nie będą. Sienkiewicz na każdym kroku ze swoimi "cegłami", do tego "Noce i dnie", "Nad Niemnem", "Faraon", Lalka" i temu podobne opasłe tomiska. Zastanowić się warto kiedy to uczeń przeczyta, a nauczyciel zrealizuje, skoro są jeszcze i inne przedmioty. Podobno też do nauki. O całej reszcie polskiej klasyki wspominać nie trzeba - Mickiewicz, Słowacki, Wyspiański, Żeromski i wielu innych również w spisie występują.
Dorzućmy do tego jeszcze pięć lektur o tematyce czysto religijno-katolickiej, no jakieś inne, których tytułów nie pomnę.
Ciekawsze jest jednak to, czego nie ma. Wcięło gdzieś (chyba obecnie niesłuszną) "Monachomachię", nie ma "Cghłopców z placu Broni", "Pamiętników" Paska, "Dżumy" i "Obcego" Camusa, "Jądra ciemności" Conrada, "Medalionów" Nałkowskiej, "Grażyny" (szok!) Mickiewicza. Dorzucić jeszcze trzeba "Rozmowy z katem". No i całej listy poetów i pisarzy: Hłasko, Bursa, Stachura, Broniewski, Wojaczek. Mógłbym tak pewnie długo. No i najważniejsze - w spisie nie istnieje Lem i jego "Dzienniki gwiazdowe", a przecież to pierwsza polska książka będąca właściwie krytyką socjalistycznego ustroju. Ale to decyzyjne (ministerialne) czynniki mają prawo do jedynej i słusznej interpretacji oraz trzymania w niepewności.
Pewnie będą życzyły (owe czynniki) szczęsliwego nowego roku. Szkolnego podobno...

Sphere: Related Content