O tym, że obecnie będącym u steru marzy się Jedynie Słuszna Linia Programowa, no i jednocześnie karanie nieposłusznych, nietrudno zrozumieć. Wizje te przypominają nieco dawne dzieje, kiedy to chińscy opozycjoniści posadzeni w obozach – w ramach resocjalizacji – musieli na głos czytać i uczyć się na pamięć treści „Małej Książki Wielkich Ludzi” Mao Zedonga. Idąc tym tropem przydałby się jeszcze jakiś nadworny poeta, który – wzorem Broniewskiego za czasów Stalina – tworzyłby wiersze ku czci poczynań Braci Mniejszych.
Dlaczego to wszystko piszę? Bo narodziła się nam w świetle prawa i sprawiedliwości dla wybranych zwyczajna cenzura. Oto bowiem Sąd Najwyższy oznajmił, że właściciele stron internetowych są zobowiązani do ich zarejestrowania, o ile nie chcą być ścigani przez prokuraturę.
Wychodzi zatem na to, iż strony te są dziennikami lub jak kto woli czasopismami (nie mylić ze słynną ustawą) i dlatego zarejestrować się w sądzie muszą. Według prawa (i obecnej sprawiedliwości) wystarczy, by strona była aktualizowana minimum dwa razy w tygodniu i już stajemy się środkiem masowego przekazu. Nieważne czy ktoś pisze sobie wiersze, wrzuca zdjęcia z wypraw turystycznych czy chce pokazywać zainteresowanym prognozę pogody.
Mamy zatem – wzorem IPN – do czynienia z koniecznością złożenia czegoś w rodzaju oświadczeń lustracyjnych, by władza mogła mieć wszystkich na widelcu. Inwigilacja pełną gębą!
Zastanawia tylko fakt jak to owa władza rozwiąże technicznie. Bóg i Partia raczy wiedzieć ileż to Polacy stron pozakładali, a jeżeli dodamy do tego sytuacje, gdy jedna osoba raczy sobie prowadzić z kilka lub nawet kilkanaście blogów, jaki sąd się z tym upora? Z rejestracją rzecz jasna.
„Siła polityczna wyrasta z lufy karabinu” - napisał we wspomnianej książeczce Mao. Już wiemy, że lufa skierowana jest w naród.
Dlaczego to wszystko piszę? Bo narodziła się nam w świetle prawa i sprawiedliwości dla wybranych zwyczajna cenzura. Oto bowiem Sąd Najwyższy oznajmił, że właściciele stron internetowych są zobowiązani do ich zarejestrowania, o ile nie chcą być ścigani przez prokuraturę.
Wychodzi zatem na to, iż strony te są dziennikami lub jak kto woli czasopismami (nie mylić ze słynną ustawą) i dlatego zarejestrować się w sądzie muszą. Według prawa (i obecnej sprawiedliwości) wystarczy, by strona była aktualizowana minimum dwa razy w tygodniu i już stajemy się środkiem masowego przekazu. Nieważne czy ktoś pisze sobie wiersze, wrzuca zdjęcia z wypraw turystycznych czy chce pokazywać zainteresowanym prognozę pogody.
Mamy zatem – wzorem IPN – do czynienia z koniecznością złożenia czegoś w rodzaju oświadczeń lustracyjnych, by władza mogła mieć wszystkich na widelcu. Inwigilacja pełną gębą!
Zastanawia tylko fakt jak to owa władza rozwiąże technicznie. Bóg i Partia raczy wiedzieć ileż to Polacy stron pozakładali, a jeżeli dodamy do tego sytuacje, gdy jedna osoba raczy sobie prowadzić z kilka lub nawet kilkanaście blogów, jaki sąd się z tym upora? Z rejestracją rzecz jasna.
„Siła polityczna wyrasta z lufy karabinu” - napisał we wspomnianej książeczce Mao. Już wiemy, że lufa skierowana jest w naród.
Sphere: Related Content






