Zanim wejdziesz...

W USA mamy Disneyland, w Danii - Legoland, a w Polsce? Odpowiedź jest prosta - Kaczyland, Kleroland.
Nie poradzę nic, że mój obraz władzy najwyższej jest tak niski...

wtorek, 28 sierpnia 2007

Zasada czy?

Jeden z internetowych portali, którego nazwy nie wymienię, aby nie zrobić mu reklamy lub też wprost przeciwnie, wymyślił sobie "njusa" pt. "Gwiazdy i ich wstydliwe reklamy". Chodzi w tym o to, że pokazano aktorów Hollywoodu i opisano jak to za dawnych lat - zanim stali się sławni - brali udział w jakichś filmikach reklamowych. Elijah Wood zachęcał do jedzenia pizzy, Morgan Freeman - płyn do płukania ust, natomiast Bruce Willis - jakąś wódeczkę o smaku kokosowym. I zdaniem owego portalu to było wstydliwe.
Tymczasem od kilku tygodni polskie stacje telewizyjne raczą nas reklamą, właściwie tą samą, chociaż z różnymi obrazkami, z rozanielonym głosem oznajmiającym jak to drzewiej źle bywało, jakie to bandyctwo się szerzyło, jak to ludzie nie mogli się niczego dorobić, jak to pracy nie było. A teraz Polska jest krajem miodem i mlekiem płynącym, aferzyści za kratki poszli etc., etc. Wszystko to dzięki Jednemu, Jedynemu - premierowi Kaczyńskiemu, bo jego "zasady zobowiązują". Świetnie!
Szkoda jedynie, że po tych rządach z zasad jeno kwas pozostał.

Sphere: Related Content

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Zgotowali ten los...

Od nowego roku szkolnego przerwy obiadowe będą wydłużone o minimum 10 minut? O ile tego zarządzenia nie wprowadziło jeszcze, z pewnością stosowny dokument się ukaże. Przecież umundurowane dzieciaki nie tak od razu będą umiały przestawić się z łyżek, widelców i noży na pałeczki. Żart to oczywiście, ale znacznie mniej ciekawy los spotka niektórych uzdolnionych absolwentów zreformowanych podstawówek, którym się nie do końca poszczęściło.
Były już na szczęście obelbelfer bez uprawnień do nauczania albo był na jakichś prochach, albo jaja robił sobie z podległego mu resortu. Lista lektur, wspomniane mundurki - to tylko niewielki skrawek jego "dzieła naprawy oświaty". Szkoda, że nie raczył zająć się losem wspomnianych absolwentów szkół podstawowych. Zresztą, aby sprawiedliwości stało się zadość, stwierdzić trzeba, iż ŻADEN z odpowiedzialnych za edukację nie raczył zająć się tymże tematem.
O tym, że wśród całej rzeszy mniej lub bardziej przeciętnych uczniów znajduje się grupa tych wybijających się, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Spośród nich spora część ma aspiracje do kształcenia się w szkołach o znacznie wyższym poziomie, niekoniecznie w tych, jakie proponują połączone z podstawówkami gimnazja...
W znacznie lepszym położeniu - aby w miarę przystępnie wyjaśnić wszelkie zawiłości z tym związane - znajdują się absolwenci gimnazjów, mogący składać podania do trzech szkół wyższego szczebla, a potem, ewentualnie, wybrać spośród nich tę konkretną. Takiej alternatywy nie pozostawia się kończącym podstawówkę. Dla nich przewidziano opcję wyboru jednej konkretnej szkoły, czyli tak zwanego gimnazjum autorskiego, jakie działają w ramach liceów. Co trzeba zaznaczyć - tylko do jednego gimnazjum. A chętnych jest znacznie więcej niż miejsc, zazwyczaj na jedno przypadają minimum dwie osoby. Szczęściarzami można nazwać tych, którzy znajdą się w wymarzonej szkole. Co jednak z resztą?
Jakoś tak się składa, że o nich żaden z dotychczasowych ministrów pomyśleć nie raczył, bo pewnie jego dzieci albo za młode, albo już za stare są. Dopóki koszula ciału nie będzie bliska, temat podjęty nie zostanie. Mamy więc do czynienia z jedynym rozwiązaniem - ta grupa trafia do gimnazjów rejonowych, gdyż - w większości przypadków - nie ma szansy, by wróciły one w mury swej pierwotnej szkoły (o ile ta posiada gimnazjum).
Tyle tylko, bez prób generalizowania sytuacji, gimnazja rejonowe to niekoniecznie miejsce dla zdolnej młodzieży. Trafiają do nich uczniowie różnej maści, najczęściej wydalani ze swych macierzystych szkół, bo dopuścili się mniej lub bardziej kryminalnych przewinień typu rozboje, kradzieże itp.
Pewna nauczycielka takiego gimnazjum opowiedziała w chwili szczerości przypadek lekcyjny:
- Karol (imię można wstawić jakiekolwiek), powiedz mi co wiesz na ten temat.
- A co cię to kur.. obchodzi? Ty się nie boisz tak wieczorami wychodzić z domu? Nie boisz się o swoje dzieci? Odp... się!
No i w takie właśnie środowisko trafiają dzieciaki, którym pierwotne plany życiowe miały okazję się ziścić.
Nic to, w zamian mamy mundurki, spis lektur (w tym "Opowieści z Narnii", bo książkę tę uwielbiają dzieci byłego ministra) i już.
Co z tego, że każda władza oświatowa zaprzeczy jakoby powyższe było zgodne z obowiązującymi przepisami? Przepis jest martwy, a życie dzieciakom zgotowało taki, a nie inny los.

Sphere: Related Content

Krótka prezentacja marketingu wyborczego

Był sobie chłopiec, który nienawidził zła, i to takiego we wszelkiej możliwej postaci. Kiedy już złapał jakiegoś złoczyńcę za rękę, ten nie miał szans na dalsze swe niecne uczynki. Za kołnierz takiego i za kraty trafiał. Na złoczyńców strach więc padł blady, niejeden na kolanach, ze łzami w oczach przychodził do chłopca, by ten dał mu spokój, bo lacado takowy ze złej drogi został już naprodzony na ścieżkę uczynków dobrych. Chłopiec jednak nie dawał wiary, gdyż złe w człowieku siedzi od zarania i trzeba je tępić.
Na nic były mu słowa modlitwy: "i nie wódź nas na pokuszenie...". Chłopiec postanowił właśnie kusić. Dlaczego, ano dlatego, że wszystkich możliwych złoczyńców wytropił, chociaż tylko tych, w stosunku do których miał zastrzeżenia, ale jego plany tępienia zła były znacznie dalsze...
W "Vabanku II" nazywało się to "podsłuchowywanie". I taką też metodę chłopiec zastosował i następnych złoczyńców tropił podstępem, kusząc ich do grzechu popełniania.
Zdenerwował fat ten tych, którzy na liście do kuszenia się znajdowali, ale jeszcze podsłuchowywaniem objąć ich chłopiec nie nadążył...
Dobra, wystarczy. Nasze Narodowe Dobro - Ziobro wyszedł z założenia, że teraz - przy atakach na niego za całkowicie bezprawne zakładanie podsłuchów- on stał się celem ataków, no więc trzeba przygotować sobie image ofiary spisku, który ma go pozbawić nie tylko stanowiska, ale również i twarzy. Tym chce zyskać w oczach wyborców, chociaż opozycja powiedziała - dość wykorzystywania władzy, aparatów ścigania do walki z przeciwnikami politycznymi. Na dodatek wyciągnięto mu przypadek, kiedy ewidentnie skłamał.
Będziemy mieć teraz typowy model wspomnianej ofiary grup będących niczym innym, tylko gromadą aferzystów, których należałoby położyć pod katowski topór, by nie przeszkadzali w dalszym tropieniu zła. I kiedy już owo zło wytropione zostanie całkowicie, winni skazani, on ostatni zgasi w tym kraju światło. Nawet Bracia Mniejsi się nie ostaną.
Ów minister przecież jedyny prawy i sprawiedliwy jest, a obywatele to w gruncie rzeczy - samo zło.

Sphere: Related Content

Wszystkiego najgorszego

O ile do mych drzwi nie zapuka kilku smętnych panów, mogę propagować, aby od teraz prezydenta RP i najbliższą jego rodzinę nazywać palantami, bucami, jełopami, idiotami, oszustami, czarownicami i jakkolwiek inaczej, byleby obraźliwie. Dlaczego?
Ano - jeżeli, zaznaczam, jeżeli, bo inaczej będę zmuszony odszczekać - dlatego, bo Bracia Mniejsi zaczęli paktować z obywatelem Rydzykiem Tadeuszem (z zawodu ojcem), by ten ich poparł w wyborach. Nic jednak za darmo, gdyż w zamian PiS ma dać miejsca na listach wyborczych osobom związanym z pewną stacją radiową, i to najprawdopodobniej takie miejsca, które będą oznaczone numerem 1 (słownie: jeden). Byleby tylko tak zwany rydzykowy elektorat poparcia udzielił.
Przyznam, że dla mnie to dziwaczny układ, skoro z zawodu ojciec zwany też dyrektorem najpierw naszczekał na prezydencką parę, wyzywając od oszustów i czarownic. Nie wiem zatem z tego też powodu kto i gdzie ma twarz, a gdzie...
Powodzenia nie życzę.

Sphere: Related Content

piątek, 24 sierpnia 2007

Spisu szczęśliwego

Co niektóre chłopaki z rządu naoglądały się chyba za dużo polskich komedii i teraz nieudolnie próbują naśladować ich bohaterów. Tyle że zamiast czegoś śmiesznego, wychodzi żenada. Szukać daleko nie trzeba, bo wystarczy ostatnie oświadczenie pana, który przejął schedę po odżałowanym już przez ciało pedagogiczne Romanie G.
Jego słowa żywcem przypominają to, co powiedział Marek Konrat, grając naczelnika więzenia w "Kilerze": Wiem, ale nie powiem. Rzecz dotyczy oczywiście kanonu lektur szkolnych dla klas wszelakich. Spis ma zostać ujawniony niebawem, jednak jeszcze nie teraz, bo pan minister ma takie widzimisię. W napięciu, tylko nie wiadomo po ki grzyb, zarówno belfradę, jak i uczniów potrzymać trzeba. A nauczyciele mają tym też sposobem mniej czasu na ewentualne uzupełnienie swej wiedzy, jaką później swym podopiecznym przekazywać będą. Nic to, pan minister ma kaprys, pan minister sobie może...
Ryszard Legutko, z obecnego zawodu minister edukacji uchyla mimo wszystko rąbka tajemnicy - nie będzie Tolkiena, bo i tak jest popularny, ale będzie "Robinson Crusoe" w oryginalnej treści. Widać, nawet spos lektur został utajniony, podobnie jak inne posunięcia w rządzie. Mniejsza z tym.
Mimo owego utajnienia, i tak poczytać sobie można czymże dziatwę młodszą i starszą raczyć się będzie. I tak przyznam, że z lekka zdziwienie ogarnąć może. Już w najmłodszych klasach proponuje się jakąś powieść "Anaruk - chłopiec z Grenlandii", gdzie dość naturalistycznych opisów z polowaniami związanych nie brakuje, a mimo to najmłodsi czytać to mają. Książka pokazuje obyczaje Eskimosów, co pewnie dzieciarni przydatnym będzie. Dlaczego? Być może z zamysłem wprowadzono taki tytuł, aby wskazać w jakim kierunku zmierzać ma kolejna fala emigracji.
Nowego kanonu ciąg dalszy - "Dzikowy skarb" opisuje czasy Mieszka I, powieść - krótko mówiąc - trudna. Ale dzieciarnia ma być patriotycznie wychowywana, więc niech ma za swoje.
Starsze klasy też lekko mieć nie będą. Sienkiewicz na każdym kroku ze swoimi "cegłami", do tego "Noce i dnie", "Nad Niemnem", "Faraon", Lalka" i temu podobne opasłe tomiska. Zastanowić się warto kiedy to uczeń przeczyta, a nauczyciel zrealizuje, skoro są jeszcze i inne przedmioty. Podobno też do nauki. O całej reszcie polskiej klasyki wspominać nie trzeba - Mickiewicz, Słowacki, Wyspiański, Żeromski i wielu innych również w spisie występują.
Dorzućmy do tego jeszcze pięć lektur o tematyce czysto religijno-katolickiej, no jakieś inne, których tytułów nie pomnę.
Ciekawsze jest jednak to, czego nie ma. Wcięło gdzieś (chyba obecnie niesłuszną) "Monachomachię", nie ma "Cghłopców z placu Broni", "Pamiętników" Paska, "Dżumy" i "Obcego" Camusa, "Jądra ciemności" Conrada, "Medalionów" Nałkowskiej, "Grażyny" (szok!) Mickiewicza. Dorzucić jeszcze trzeba "Rozmowy z katem". No i całej listy poetów i pisarzy: Hłasko, Bursa, Stachura, Broniewski, Wojaczek. Mógłbym tak pewnie długo. No i najważniejsze - w spisie nie istnieje Lem i jego "Dzienniki gwiazdowe", a przecież to pierwsza polska książka będąca właściwie krytyką socjalistycznego ustroju. Ale to decyzyjne (ministerialne) czynniki mają prawo do jedynej i słusznej interpretacji oraz trzymania w niepewności.
Pewnie będą życzyły (owe czynniki) szczęsliwego nowego roku. Szkolnego podobno...

Sphere: Related Content

czwartek, 23 sierpnia 2007

D.N.O.

Dziwne może, ale jedyne skojarzenie, jakie się może nasuwać to piosenka "Niepewność" z repetruaru Marka Grechuty. "Czy to jest przyjaźń (nie pomnę, może - "miłość"), czy to jest kochanie?". W tym przypadku jednak ostatni wyraz - aby ewentualnie się rymowało - należałoby zamienić na "szarpanie".
W NORMALNYM kraju, NORMALNY obywatel, który próbowałby opanować to wszystko byłby jedynie w stanie stwierdzić: Dlaczego oni jeszcze istnieją w polityce. To już jest samobójstwo!
Oni jednak muszą TRWAĆ, nie działać. Lustracje, teczki, podsłuchy, agenci, dekomunizacje, haki, donosiciele, kłamcy, korupcja i - kurde - nie wiem co jeszcze, pewnie zapomniałęm o wielu istotnych elementach TRWANIA tej ekipy.
Jak się okazuje, RP numer (któryś tam) jest czymś, co ci nareszcie odważni nazywają po imieniu, czyli jako państwo totalitarne, w którym podsłuchiwani są wszyscy o nieprawomyślnych (władzy) poglądach. Kto myśli, a tym bardziej mówi, inaczej - jest traktowany niczym "wróg ludu", "kolaborant", "spekulant" za dawnych czasów.
W tym chaosie, jaki tu proponuję, bo za dużo tego na jeden raz się zebrało, niezbędnym wydaje się być zacytowanie Ludwika I Pięknego (Dorna), który o swoim niedawnym koalicjancie, szefie LPR powiedział: Giertych był traktowany użytkowo. Chodziło po prostu o glosy w Sejmie. I teraz już wiem, że rządy Braci Mniejszych nie polegają na niczym innym, jak tylko na zdobywaniu rzędu dusz. Dokłądnie tak samo, jak w statystykach pokazujących ileż to ludzi, obywateli RP mieni się być katolikami. Odpowiedź jest prosta: tylu, ilu zostało ochrzczonych. Nieważne czy później zmienili swą opcję światopoglądową.
Słyszałem już opinie, aby cały ten obecny rząd wysłać na księżyc, bez skafandrów ochronnych. Nie da rady. Dla księżyca. Najpierw zlustrowana zostałaby atmosfera, potem grawitacja...
Za przeproszeniem, niech mi zatem nikt pierdół nie opowiada o jakichś wcześniejszych wyborach, a tym bardziej, że wygra je partia pt. Platforma Obywatelska. Nasze Narodowe Dobro - Ziobro ogłosi, że "dla dobra społeczeństwa" (może bardziej zrobi to prezydent) należy wprowadzić coś w rodzaju stanu wojennego. Co to za problem wykonać jakiś zamach, przecież każdy może dostać do rąk broń i niekoniecznie trafić. Zamach jednak jest możliwy. Wtedy za kraty weźmie się całą opozycję, urządzi jakiś oflag i po kłopocie. W uszach przecież niezmiennie brzmią słowa: "Raz zdobytej władzy nie oddamy".
I tym też sposobem prawi i sprawiedliwi po raz kolejny osiągną swój szczyt, czyli DNO.

Sphere: Related Content

niedziela, 19 sierpnia 2007

Z zapchaną treścią...

O tym, że podróże kształcą, nie trzeba tłumaczyć nikomu. I tak się złożyło, że miałem okazję ostatnio podróżować właśnie różnymi środkami transportu. Przeżycia cudowne, a właściwie pouczające. Łącznie z zapchanym...
Był sobie pociąg przemierzający trasę z północy na południe Polski, i to trasę wcale niemałą, bo tak prawie przez cały kraj. Standard podobno w miarę wysoki, gdyż ów skład mienił się być tak zwanym pospiesznym. Wjechał zatem sobie na stację, z niewielkim, bo kilkunastominutowym opóźnieniem. Jako że nie obowiązywały miejscówki, każdy na własną rękę starał sobie znaleźć - prawem dżungli - jakieś siedzisko. Z tym zbyt wielkiego kłopotu nie było. Co ważne, zaznaczyć trzeba, jak na klasę tego pociągu, w miarę czysto i estetycznie. I z głośnika zainstalowanego w przedziale każdym rozbrzmiewał co jakiś czas głos jakowyś, podobno zapowiadający zbliżającą się stację, przypomnienie, aby nie zapomnieć o bagażu itp. Zaznaczyć trzeba to słowo "podobno", ponieważ wypowiadający się do mikrofonu jegomość (kierownik pociągu zapewne) winien bardziej informacje te w języku migowym zapowiadać, a to ze względu na tembr głosu swego, nijak nie nadający się do przekazywania informacji wszelkich. Ale gadał płynnie, jeno bezgłośnie. Przynajmniej się starał.
Starania owe i wątpliwe wrażenia estetyczne zepsuło nadejście konduktora niejakiego, który albo kłopoty domowe przeżywa, albo lewonożne wstawanie z łóżka odbył dnia tegoż. Każdy odwiedzany przez niego przedział (a dokładnie pasażerowie) dowiadywał się o problemach z pokazywanymi mu biletami lub też z nieścisłościami w dokumentach okazywanych mu, a do ulg uprawniających. Jegomość ów oświadczył między innymi, że pewien dokument nie może być laminowany, gdyż w takiej postaci jest on nieważnym. Odpowiedzieć jednak nie raczył jak się jego wypowiedź ma do nowej postaci dowodów osobistych czy też praw jazdy. Pogoniły go dalej pewnie obowiązki zawodowe albo tak zwana potrzeba. Skłaniać się można bardziej ku temu drugiemu wariantowi, bo toaleta była faktycznie pierwsza klasa, zresztą w wagonie klasy tejże. Tyle że pierwsza klasa - inaczej. Woda - zero, mydło, chyba zeżarte przez pasażera, który wcześniej ów wychodek odwiedzić miał okazję. Co bardziej wrażliwy pewnie dorzuciłby do owego wychodka górą, niż dołem, bo zawartość nie zachęcała do korzystania z tego ustrojstwa. Za to do korzystania z usług zachęcał przez wspomniany bezgłośny jegomość, co usłyszeć można było przez głośnik stojąc wyłącznie nieopodal niego.
Był i dalekobieżny autobus firmy mieniącej się być prywatną, więc podobno na pasażerach takowej zależy, by zyski jakoweś osiągać i w rozwój inwestować. Nijak jednak nie przystawało to do zachowania kierowcy, któryż to oczekujących na wejście pasażerów przytrzymać raczył jakieś pół godzinki przed odjazdem, szwendając się bez celu po okolicy, by na kilka minut przed ostatecznym czasem wpuszczać ich do środka i ruszyć z takim też opóźnieniem. Na kolejnych przystankach (a noc już była) z pretensjami do chcących tamże wsiąść się zgłaszał, że biletów nie kupili w nieczynnych od wielu godzin punktach, tylko u niego zamierzają je nabywać.
Nie ma się jednak czym przejmować. Mamy w zamian przystanek we Włoszczowie, budują się nowe tory kolejowe (o drogach czy autostradach lepiej nie wspominać), o czym z dumą jesteśmy co jakiś czas informowani. Mamy zatem formę. Pewnie na treść przyjdzie poczekać...

Sphere: Related Content